Radość – owoc miłości

Jeden z artykułów Sumy teologicznej św. Tomasza z Akwinu stanowi odpowiedź na pytanie: „Czy radość jest cnotą?”. Zdaniem Akwinaty, „radość nie jest cnotą odrębną od miłości, lecz jej przejawem i skutkiem” (STh II-II 28, 4). Dokładniej mówiąc, ta sama duchowa sprawność skłania człowieka do kochania, jak i do pragnienia obiektu miłości, a wreszcie do radowania się nim. Św. Tomasz nie widział więc w radości odrębnej cnoty, lecz traktował ją jako rezonans – przejaw i skutek – miłości w człowieku. Gdzie tego rezonansu nie ma, tam rodzi się smutek, który przyćmiewa radość, do jakiej powinna prowadzić miłość. Nie ma więc prawdziwej radości bez miłości. Dlatego też rozważania na temat radości znajdziemy w tym fragmencie Sumy, który poświęcony jest cnocie miłości. Radość istotnie wiąże się z dobrem, a dążenie do dobra – z miłością.

Za tym poglądem św. Tomasza zdaje się podążać także Benedykt XVI, który zauważa u młodych ludzi dziwny smutek, nazywając go wręcz „smutkiem metafizycznym”. Szukając zaś jego przyczyn, wskazuje ostatecznie na brak miłości i niewiarę w jej możliwość: „Niejednokrotnie na twarzach ludzi młodych widzimy dzisiaj dziwne zgorzknienie, zwątpienie, uczucia dalekie od właściwego młodości dążenia ku temu, co nieznane. Najgłębszą przyczyną tego smutku jest brak wielkiej nadziei i nieosiągalność wielkiej miłości”.

Radość wzbudzana przez miłość jest zawsze proporcjonalna do dobra. Radość płynąca z osiągnięcia czy zrealizowania dobra skończonego jest, rzecz jasna, radością ograniczoną. Dopiero „radość z Boga jest sama przez się, to jest niczym nieograniczona, zgodnie z nieograniczoną Jego dobrocią, natomiast radość z jakiegokolwiek stworzenia jest ograniczona” (STh II-II 28, 3). Taki stan pełnej radości, związany z osiągnięciem pełnego dobra – Boga, nie jest jednak całkowicie dostępny człowiekowi w obecnym życiu. „Dopiero po dojściu do pełnej szczęśliwości w niebie znikną wszelkie pragnienia, bo wówczas będzie już pełne radowanie się Bogiem, w którym człowiek otrzyma wszystko, czego pragnął” (STh II-II 28, 3).

Podkreślając nieosiągalność stanu pełnej radości w tym świecie, św. Tomasz nie negował bynajmniej wartości dostępnych nam radości. Jego stanowisko staje się bardziej zrozumiałe, gdy sięgnie się do innego fragmentu Sumy – do traktatu o uczuciach (por. STh I-II 22-48). Znajdujemy tam między innymi rozważania na temat relacji pojęcia radości do przyjemności. Otóż przyjemność jest stanem zadowolenia wzbudzonym po osiągnięciu jakiegoś dobra w dziedzinie zmysłowej (por. STh I-II 31, 1). Doznania przyjemne są dostępne także zwierzętom. „Natomiast miano radości przyznajemy jedynie tym przyjemnościom, które budzą się w nas pod wpływem rozumu. Dlatego zwierzętom nie przypisujemy radości, lecz jedynie miano przyjemności (czy zadowolenia)” (STh I-II 31, 3). Pomimo podkreślenia różnicy pomiędzy przyjemnością a radością św. Tomasz zaznacza, że „istoty mające rozum mogą radować się wszystkim, co wzbudza przyjemność” (STh I-II 31, 3). Wymaga to jednak dwóch rzeczy: „osiągnięcia odpowiedniego dobra oraz uświadomienia sobie tegoż osiągnięcia” (STh I-II 32, 1).

Jest to ważne spostrzeżenie Akwinaty wskazujące na to, że także stany przyjemności mogą prowadzić do radości (z zachowaniem proporcji), integrować się z innymi radosnymi przeżyciami człowieka. Odrzucenie hedonizmu – poglądu głoszącego, że o wartości życia stanowi przyjemność (gr. hedoné) – nie musi zatem oznaczać potępienia prostych radości i przyjemności dnia powszedniego. Dobra, które stają się źródłem przyjemności i radości, są względne i przemijające. Hedonizm je absolutyzuje, głosząc, że tylko takie dobra istnieją i tylko one mogą być źródłem radości. Trzeba więc na nich się skupić, porzucając obietnice innych dóbr i innych, nieprzemijających radości. Z kolei dla pesymizmu względność i przemijalność dóbr staje się podstawą do uznania złudnego charakteru radości. Chrześcijański realizm, także w wydaniu św. Tomasza, nie wiąże się jednak z żadną z tych skrajności. Osiągnięcie czy realizacja nawet małego dobra dostarcza nam niekłamanej radości, choć jest ona proporcjonalna do swego źródła. Nie należy jej zatem ani absolutyzować, ani negować.

Z przytoczonych rozważań św. Tomasza na temat radości płynie zatem między innymi taki wniosek, że radość pojawia się w nas nie wtedy, gdy jej szukamy, lecz wówczas, gdy troszczmy się w naszym życiu o dobro i miłość. Radość jest odblaskiem dobra i miłości w nas. Jeśli zaś troszczymy się o dobro i miłość, wówczas radość może przenikać także przyjemności. Jeśli natomiast brak dobra i miłości, wówczas cieniem na życiu człowieka kładzie się „metafizyczny” smutek, którego nie są w stanie przezwyciężyć nawet pomnażane przyjemności.

 

Mała rzecz, a cieszy

Zagadnienie relacji pomiędzy wiarą w pełną i wieczną radość w innym świecie oraz radościami i przyjemnościami dnia codziennego jest często przedstawiane w karykaturalny sposób. Biblijny Kohelet pisał: O śmiechu powiedziałem: „Szaleństwo!”, a o radości: „Cóż ona daje?” (Koh 2, 2). Słowa mędrca, który zdawał się uznawać codzienne radości i przyjemności za marność, bywają czasem przedstawiane jako opis postawy człowieka religijnego. Proste radości miałyby być niegodne tego, by się nimi cieszyć, gdy bierze się pod uwagę ich względny charakter, a także perspektywę oczekiwanej wiecznej radości. Jednak i ten pozornie pesymistyczny biblijny mędrzec pisał przecież, że i szczęście, i trud to dar Boży (por. Koh 3, 13).

To prawda, że w życiu ludzkim obecne są, i będą, smutki, cierpienia i łzy. Słowa religijnej pieśni Z tej biednej ziemi, z tej łez doliny z pewnością opisują prawdziwe doświadczenie człowieka dotkniętego takimi stanami. Czy jednak to adekwatny opis całego ludzkiego życia? Wiara religijna jest sprawą poważną. To fakt. Czy jednak powaga wiary faktycznie nie pozwala się cieszyć drobnymi radościami życia?

Stereotypowy pogląd głosi, że nadzieja na radość wieczną w innym świecie, jaką żywią ludzie wierzący, nie pozwala im przeżywać prostych radości w tym świecie. Jest to nieco inna wersja marksistowskiego przekonania, że nadzieja innego świata osłabia zaangażowanie w sprawy tego świata. Współczesny niemiecki pisarz ateistyczny Michael Schmidt-Salomon, propagując postawę nowego „oświeconego hedonizmu”, pisze, że aktualne życie ma człowiekowi do zaoferowania: „promienne oczy dziecka, któremu sprawiliśmy radość; uśmiech przypadkowo spotkanego nieznajomego; zapach świeżego chleba o poranku; przygodę żywej wieczornej dyskusji; urok fugi Bacha; piękno obrazu Picassa; ciepło ukochanej osoby”. Nie bardzo wiadomo, dlaczego, zdaniem autora, wymienione sytuacje miałyby sprawiać radość jedynie tym osobom, które odrzuciły istnienie Boga i innego świata. Zapach świeżego chleba o poranku chyba jednakowo cieszy każdego człowieka.

Drobne radości dnia codziennego, także te, które wymieniał Michael Schmidt-Salomon, mogą czynić nasze życie lepszym niż jest. Wprowadzają więcej pogody w nasze usposobienie i w międzyludzkie relacje. Józef M. Bocheński OP uważał nawet, że współtworzą one poczucie sensu życia. Inaczej niż wielu autorów chrześcijańskich, wiązał on kategorię sensu życia nie tylko z celami, do których się dąży, ale i z aktualnymi chwilami, które się odpowiednio przeżywa. Dowartościowując zaś drobne radości życiowe, które ani nie wykluczają dążenia do radości wiecznej, ani nie negują faktu cierpienia i smutku, dominikanin pisał: „Sami bardzo często zapatrzymy się w coś rzekomo wielkiego i chodzimy po świecie jak ślepcy, nie widząc zwykłych, małych rzeczy. […] Wystarczy mieć oczy szeroko otwarte, a życie staje się piękniejsze, a przynajmniej znośniejsze; bo więcej w nim radości. […] Gdybyśmy pilnowali tych małych rzeczy, wynikłoby z tego może nie szczęście – bo to nie jest rzecz trwała – ale przynajmniej dużo radości ludzkiej. Ludzie, którzy cierpią, cierpieliby mniej. Życie byłoby lepsze, pogodniejsze, mniej nieznośne; […] może nie stałoby się niebem, ale przynajmniej [byłoby] lepsze, niż jest”.

Codzienne radości nie są też bez znaczenia dla naszego chrześcijańskiego świadectwa i apostolstwa. Czy można bowiem głosić radosną nowinę, samemu będąc zgryźliwym i smutnym? Jacek Woroniecki OP przestrzegał: „Kto zwykł się poddawać złemu humorowi i zniechęceniu, niech się apostolstwa nie ima, bo więcej zaszkodzi niż pomoże. Aby prowadzić do źródła radości, trzeba coś z niej mieć w sobie”.

 

Radość i śmiech

Zastanawiając się nad radościami ludzkiego życia, nie sposób nie zapytać także o zjawisko śmiechu. Śmiech najczęściej jest wyrazem radości, a radość jest pobudką do śmiechu. W wersji błogosławieństw zamieszczonej w Ewangelii św. Łukasza ów związek radości i śmiechu wyraża makaryzm: Błogosławieni, którzy teraz płaczecie, albowiem śmiać się będziecie (Łk 6, 21). Śmiech jest ludzkim fenomenem oraz – zdaniem Johannesa B. Lotza SJ – darem Bożym. Śmiech towarzyszy nam w wielu sytuacjach życiowych, pełniąc niejednokrotnie funkcję „zaworu bezpieczeństwa”. Rozładowuje stres, uwalnia od złych emocji, przywraca właściwe proporcje w spojrzeniu na rzeczywistość, tworzy niezbędny dystans wobec różnych spraw. Przez swą zaraźliwość śmiech – i uśmiech – pomaga w pokonywaniu barier pomiędzy ludźmi, podobnie jak oglądanie wokół siebie twarzy agresywnych i złych utrudnia budowanie międzyludzkich relacji. A wreszcie człowieka, który potrafi się śmiać także z siebie, zabezpiecza przed zbytnim nadęciem i celebrowaniem siebie. Wojciech Chudy pisał: „Człowiek – «byt seriozny», wyposażony w rozliczne teorie naukowe, filozoficzne i teologiczne odnośnie do swojej osoby, «ważniak» z namaszczeniem celebrujący swoje problemy, twórca kultury i podmiot dziejów – spostrzega, że jest śmieszny”.

Jak każdy dar, również i śmiech może być niewłaściwie użyty. Możemy przecież wskazać różne przykłady niewłaściwego czy wręcz złego śmiechu. Są bowiem miejsca, chwile czy sytuacje, w których śmiech jest nie na miejscu. Śmiech w obliczu tragedii lub w jakiejś uroczystej sytuacji byłby niepoważną frywolnością. Śmiech z czyjegoś niepowodzenia stawałby się szyderstwem. Śmiech człowieka zgorzkniałego, niedostrzegającego ani wielkich, ani małych radości w życiu, zwykle jest wyrazem sarkazmu. Jest jeszcze śmiech fałszywy, będący rodzajem maski, któremu nie odpowiada wewnętrzny stan radości.

Niewłaściwe użycie śmiechu nie może jednak oznaczać pozbawiania go wartości. Powaga i śmiech łączą się w życiu w dziwny związek. Są chwile poważne, doniosłe i uroczyste, w których nie wypada się śmiać, są też chwile, w których zdrowy śmiech świadczy o pogodzie i życiu ducha. Zdaniem Wojciecha Chudego, „śmiech definiuje istotę ludzką (homo ridens), lecz tylko w dialektycznym związku z powagą, z życiem na serio; wesołość stanowi transgresję powagi, a powaga transgresję życia”. Owa dialektyka powagi i śmiechu ujawnia przygodność (contingentia) naszego życia. Przygodność ta – czyli niekonieczność objawia się w bogactwie wariantów, w mnogości sytuacji, zaskakujących zachowań, niespodzianek, a czasem w ich komizmie. Często naturalną reakcją na niespodziewaną, zaskakującą sytuację jest śmiech. Jeżeli ktoś potrafi się śmiać z tego, co „śmiechu warte”, może więc zyskać dodatkowy dostęp do metafizycznej przygodności. Za śmiesznością kryje się bowiem jakaś prawda o nas: „Śmiech jest tłem i stroną, środkiem i drogą, doprowadzającą do tych punktów w życiu, kiedy nie wystarczy się śmiać i kiedy człowiek staje się poważny”.

Max Scheler uważał, że możliwa jest „zdrada” radości – bądź na korzyść fałszywego heroizmu, bądź też fałszywej, nieludzkiej idei obowiązku. O niektórych formach „zdrady” radości była mowa także w niniejszym tekście. Papież Paweł VI napisał w 1975 roku w adhortacji apostolskiej o radości chrześcijańskiej Gaudete in Domino, że współczesnej społeczności ludzkiej z trudem przychodzi rodzenie radości. Papież postanowił przeto przypomnieć, że głosiciel chrześcijańskiej radości powinien dostrzegać zarówno zewnętrzne, jak i wewnętrzne radości, będące świadectwem dobroci stworzenia. Nawiązując także do wykorzystanych w tym artykule tekstów św. Tomasza, Paweł VI niuansował różne odmiany radości, pisząc: „Najbardziej znamienną postacią [szczęścia] jest radość, albo «szczęście» w ścisłym znaczeniu, doznawane wtedy, gdy za pomocą swoich najwyższych władz cieszy się posiadaniem jakiegoś dobra poznanego i kochanego. Tak to człowiek doznaje radości, kiedy godzi się z przyrodą, a zwłaszcza kiedy spotyka się z innymi ludźmi, razem z nimi uczestniczy w załatwianiu spraw i przyłącza się do wspólnoty z nimi. Szczególniej doznaje on radości, czyli szczęścia duchowego, kiedy jego duch posiada Boga, poznając Go i kochając jako najwyższe i niezmienne Dobro”.

Ks. Kazimierz Wolsza/Życie Duchowe