dzięki uprzejmości:

Reklama

Konsekrowana Hostia zmienia się w ciało. Niewidomy odzyskuje wzrok, by obejrzeć film o Eucharystii. Niewykształcona mistyczka, w nieznanych sobie językach i bez błędów teologicznych, zapisuje setki stronic głębokiego nauczania i komentarzy biblijnych. Czy te i inne niezwykłe zjawiska zasługują na wiarę? Co mówi o nich nauka?


Ja nie szukam cudów. Jednak kiedy się zdarzają i Kościół je uznaje, mamy prawo o nich mówić. (Ron Tesoriero)

 

Ron Tesoriero od ponad dwudziestu lat poszukuje odpowiedzi na podobne pytania. Towarzyszy naukowcom, którzy przyglądają się nadzwyczajnym zjawiskom w Kościele katolickim. Wyniki analiz potwierdzają to, w co wierzymy. Tesoriero opisuje cuda Eucharystyczne, doświadczenia współczesnych mistyków i stygmatyków, badania całunu turyńskiego i chusty z Oviedo oraz testy na próbce relikwii Krwi Chrystusa. Te fascynujące relacje poruszają serce i umysł.

 

 

Posłuchaj świadectwa Autora (Radio Watykańskie)

 

 

 

 

 Powody aby wierzyć – zobacz więcej

 

Jezus pozwolił Tomaszowi dotknąć swych ran.
To samo robi dla nas w nowym tysiącleciu.
Czasami trzeba zobaczyć, aby uwierzyć.

 

Fragment książki:

 

ROZDZIAŁ I

 

PRAWNIK, BIZNESMEN I KSIĄDZ

 

 

  

– Ktoś chciałby się z panem widzieć.
– Jestem bardzo zajęty. Był umówiony? – mruknąłem, nie przerywając zagłębiania się w leżący przede mną na biurku dokument. Nawet nie spojrzałem na sekretarkę, która wetknęła głowę przez uchylone drzwi mojego gabinetu.
– Nie.
– To proszę mu powiedzieć, żeby się umówił – wciąż nie podnosiłem na nią wzroku.
– Następnego klienta ma pan za godzinę – stwierdzenie faktu niespodziewanie zabrzmiało jak naleganie, co było dość niezwykłe, gdyż moja sekretarka była osobą bardzo sumienną i skromną. Pracowała ze mną od bez mała trzydziestu lat, niemal od samego początku mojej praktyki prawniczej. Z westchnieniem przewróciłem więc tylko oczyma dla okazania niezadowolenia.
Ale ona po prostu poczekała jeszcze chwilę, by, odczytawszy w moim milczeniu znak kapitulacji, wycofać się ze słowami:
– Powiem mu, że poświęci mu pan tylko kilka minut.
 
Tesoriero, Henderson i Cotter to ciesząca się dobrą opinią kancelaria prawna w Gosford – położonym nad brzegiem oceanu mieście, oddalonym godzinę drogi od Sydney. Moi klienci zawsze umawiali się na spotkanie. Fakt, że ten zignorował ów utarty zwyczaj, sam w sobie był intrygujący. Odłożyłem pracę na bok. Sekretarka uśmiechnęła się miło i zamknęła za sobą drzwi. Kiedy po chwili znów je otworzyła, pojawił się w nich nieduży, uśmiechnięty mężczyzna około sześćdziesiątki. Miał na sobie długą do ziemi, czarną serżową sutannę, z której wystawała biała koloratka, wyglądająca jak bandaż oddzielający głowę od spowitego w czerń korpusu. W Australii roku 1987 niezwykle rzadko widywało się ludzi publicznie przyznających się do wiary, dlatego przybysz wydał mi się bardziej postacią z jakiegoś włoskiego filmu niż realnym człowiekiem. Wyglądał dosłownie jak przeniesiony z innego świata – świata, który zostawiłem za sobą, ukończywszy szkołę wiele lat temu. Był to jednak bezsprzecznie katolicki ksiądz. Dni spędzone w katolickiej szkole w latach pięćdziesiątych, jeśli nawet nie odcisnęły na mnie piętna wiary, to przynajmniej pozostawiły niezatarte ślady dobrego wychowania. Obojętność na sprawy głoszone przez księży nie przeszkadzała mi w okazywaniu im – aczkolwiek nierzadko w sposób protekcjonalny, a może wręcz szczeniacki – należnego szacunku.
– Dzień dobry księdzu – wstałem na powitanie gościa.
– Pan Ron Tesoriero? Dzień dobry. Jestem ksiądz William Aliprandi. Właśnie zostałem proboszczem w Kincumber.
Znałem Kincumber – pobliskie miasteczko u stóp góry Kincumber, z trudem co prawda zasługującej na miano góry, niemniej będącej najwyższym wzniesieniem w regionie Central Coast, które łagodnie górowało nad wrzynającymi się w wybrzeże, krętymi ujściami rzeczek oraz niebieskim paskiem Pacyfiku na wschodnim wybrzeżu Australii.
– Mój przełożony, biskup Broken Bay – mówił ksiądz poprawiając okulary – nakazał mi zbudować w parafii kościół i szkołę. Ale parafia jest biedna i nie ma żadnego własnego gruntu. Parafianie to głównie młode rodziny robotnicze, trochę handlowców i pracowników kamieniołomów. Ja sam, no cóż…, też nie mam pieniędzy – uśmiechnął się, bynajmniej nie przepraszająco.
Rozparłem się w fotelu, spodziewając się, że następnym krokiem mojego gościa z pewnością okaże się wyrażona w ten czy inny sposób prośba o datek.
– A jak ja mogę księdzu pomóc?
– Właśnie znalazłem. – twarz księdza rozpromienił triumfujący uśmiech.
– Pieniądze?
– Nie, ziemię. Znalazłem grunt. Przechodzę obok tej działki codziennie i uważam, że się nadaje. Na razie nie wygląda zachęcająco: gęste krzaki i jakaś rozjeżdżona droga. Ale po oczyszczeniu plac będzie idealny, bo leży niedaleko miasteczka.
– A jest na sprzedaż?
– Nie.
– A wie ksiądz, do kogo należy?
– Nie, ale.
– Krótko mówiąc, nie ma ksiądz żadnych pieniędzy i chce kupić kawałek ziemi, który nie jest na sprzedaż.
– Zgadza się. Ale to jeszcze nie wszystko – ciągnął ksiądz Aliprandi, bynajmniej nie speszony tonem mego głosu. – Widzi pan, codziennie się modlę w intencji całej tej sprawy z budową kościoła i coraz mocniej czuję, że to jest właściwe miejsce, więc kiedyś tam poszedłem i postawiłem krzyż, i teraz codziennie tam chodzę, klękam przed tym krzyżem i modlę się, żeby Bóg pozwolił nam otrzymać tę ziemię.
 
Wszystkie lata mojej praktyki prawniczej nie przygotowały mnie na podobną naiwność i zdumiewająco spokojne przekonanie, z jakim mój gość wyrażał swoje opinie. Nieoczekiwanie dla samego siebie nie wiedziałem, co powiedzieć. Ksiądz Aliprandi, przeciwnie, dopiero się rozkręcał.
– Nie jestem sam. Zaangażowałem do pomocy panią, która, mam nadzieję, jest dosyć wpływowa.
– Świetnie – odpowiedziałem. – Z pewnością przyda się księdzu czyjaś pomoc. Kim jest ta pani?
– Kim była – ksiądz Aliprandi poprawił mnie ze śmiechem. – Powinien pan zapytać, kim była. Ona nie jest całkiem, że się tak wyrażę, tu z nami. Nie żyje od ponad siedemdziesięciu lat. Umarła chyba w roku 1910.
Zesztywniałem. Moje dłonie złożone w wystudiowanej pozie profesjonalisty opadły bezwładnie na boki. Sięgnąłem po pióro i zacząłem się nim nerwowo bawić, jednocześnie zbierając w sobie resztki uprzejmości. Banał pytania, które zadałem, zdumiał mnie samego.
– Umarła?
– Tak, chociaż osobiście wolę określenie „przeszła na drugą stronę”. Śmierć to tak okropnie ostateczna sprawa, nie sądzi pan? Tak. Nazywała się Mary MacKillop i była zakonnicą, założycielką zgromadzenia Sióstr św. Józefa od Najświętszego Serca. To najlepsza sprawa, jaka mogła się przytrafić Australii: nasza własna święta. Była wyjątkowa. Twarda jak stal. Założyła sierociniec w South Kincumber, niedaleko starego kościoła, który był podobno drugą świątynią wybudowaną na terenie Australii. W roku 1842. Mamy nadzieję, że Ojciec Święty wkrótce ją wyniesie na ołtarze. Ale chyba za bardzo odszedłem od tematu, co?
Ciężar mojego milczenia zmusił księdza do natychmiastowego porzucenia wykładu z historii i przejścia do sedna sprawy.
– Przybiłem więc do jednego z drzew jej relikwię i modlę się o jej wstawiennictwo w sprawie uzyskania ziemi.
– Relikwię?! – nerwowo przeczesywałem pamięć w poszukiwaniu definicji usłyszanego określenia. Radosna naiwność tego człowieka całkowicie mnie oszołomiła.
– Och, nic wielkiego. Po prostu strzępek jej habitu.