Najbardziej zdumiewającym wydarzeniem w historii ludzkości nie był dzień, w którym Bóg podzielił się swoją miłością, stwarzając człowieka na swój obraz i podobieństwo, lecz dzień, w którym z miłości do człowieka On sam stał się jednym z nas. Tę najbardziej niezwykłą wiadomość słyszymy już od dzieciństwa i dlatego grozi nam to, że staniemy się coraz mniej otwarci na odkrycie sensu najważniejszego wydarzenia w dziejach człowieka.

 

Wtedy Boże Narodzenie zaczniemy traktować jak jeszcze jedną z wielu miłych tradycji. W konsekwencji pod choinką będą pojawiać się coraz liczniejsze i coraz droższe prezenty, ale między nami zabraknie tego Boga, który w prezencie ofiarował człowiekowi samego siebie.

Bóg nie czyni nigdy czegoś, co jest zbędne. Jeśli Niewidzialny Bóg stał się Widzialną Miłością, to znaczy, że Jego przyjście do nas w ludzkiej naturze ma sens i że jest dla nas sprawą życia lub śmierci. Jednak znaczenie Bożego Narodzenia mogą odkryć jedynie ci spośród nas, którzy odważnie szukają odpowiedzi na pytanie: do kogo przychodzi Ten, którego wyczekiwała ludzkość, kim On jest oraz jaki jest sens Jego przyjścia do nas?

Syn Boży stał się człowiekiem po to, by pośród nas nie było już więcej ani prześladowców, ani męczenników. Niewidzialny Bóg stał się widzialną miłością po to, by także miłość między ludźmi stała się odtąd widzialna i niezawodna. Bóg przyszedł do nas chociaż wiedział, że zostanie okrutnie skrzywdzony przez „wielkich” i „oświeconych” tego świata. Przyszedł na Ziemię, bo marzy o tym, by ludzie, których obdarzył wolnością, znowu stali się podobni do Niego. Największym marzeniem Boga jest święty człowiek, gdyż za to marzenie Syn Boży oddał życie.

„Naród kroczący w ciemnościach ujrzał światłość wielką; nad mieszkańcami kraju mroków światło zabłysło” (Iz 9, 1) – tym stwierdzeniem rozpoczyna się liturgia słowa w Noc Bożego Narodzenia. Wszystko, co Bóg stworzył, było dobre. Stwórca postanowił, że koroną stworzenia będzie człowiek i dlatego obdarzył nas nie tylko życiem, ale też świadomością i wolnością. Jednak już na początku historii ludzie ulegli pysze i naiwności, typowej dla człowieka naszych czasów! Postanowili bowiem „poprawić” Boże dzieło stworzenia. Wmówili sobie, że własnymi siłami odróżnią dobro od zła i że sami będą jak bogowie. Szybko i boleśnie przekonali się o tym, że własnymi siłami potrafią jedynie pomieszać dobro ze złem, krzywdzić samych siebie i innych ludzi oraz w popłochu chować się przed Bogiem.

Bóg marzy o tym, by każdy z nas był kimś świętym. Święty to ktoś, kto uczy się kochać mimo tego, że w swym człowieczeństwie nadal doświadcza własnej niedoskonałości. Świętość to dla chrześcijanina najpiękniejsza normalność. To arystokracja człowieczeństwa.