Światło Słowa jest najwspanialszym podarunkiem, jaki nasz Ojciec w Niebie daje każdemu z nas pod choinkę. Patrz więc, żeby światło, które jest w tobie, nie było ciemnością.

 

Betlejem jest z pewnością jednym z najbardziej przemawiających miejsc w Ziemi Świętej i żelaznym punktem wszelkich pielgrzymkowo-turystycznych wizyt w Izraelu. Bywa, że różnego rodzaju grupy wycieczkowe przyjeżdżają do Jerozolimy dosłownie na jeden dzień, w ciągu którego „zaliczają” widok na miasto z góry Oliwnej, Ścianę Płaczu, bazylikę Grobu Pańskiego i właśnie bazylikę Narodzenia Pańskiego. Nie wszystkim uczestnikom udaje się jednak wejść w rolę pielgrzymów. Bywa, że większość chce po prostu zdobyć parę zdjęć w stylu „ja na tle…” i kupić jakieś pamiątki, na dowód tego, że się tam było.

 
Pewien polski przewodnik opowiadał nam nieco surrealistyczną, choć skądinąd autentyczną historyjkę. Mianowicie na placu przed bazyliką Betlejem zadał kiedyś uczestnikom podobnej wycieczki pytanie: Jeśli ktoś uważa, że Jezus narodził się w żłobie, to proszę na prawo, a jeśli ktoś sądzi, że narodził się w gospodzie, to proszę na lewo. Gdy grupa podzieliła się już na mniej więcej równe podgrupy, on na to: Państwa po lewej stronie zapraszam na drinka do gospody naprzeciw bazyliki, a reszta grupy proszę za mną. I, co ciekawe, tak się też stało!
 
Bo tak w ogóle to niezbyt pięknie wygląda ta bazylika: kamienna, szara i przyciężkawa. Także w środku panuje mrok i zdjęcia nie za bardzo wychodzą. A do niewielkiej krypty, gdzie według wiarygodnej tradycji narodził się Zbawiciel Świata, wiodą wąskie schodki, na których na ogół trzeba cierpliwie czekać w długiej kolejce. W zasadzie piękne jest w niej tylko światło bijące od zawieszonych na suficie krypty oliwnych lamp, które wprawia w trudny do opisania radosno-podniosły nastrój. Pewne kategorie przybyszów mogą czuć się jednakowoż mocno rozczarowane tego rodzaju scenerią, przegrywającą w wielu detalach z niejedną polską szopką.
 
I do śpiewania kolęd też jakoś nic szczególnego nie zachęca. Pamiętam dobrze pielgrzymkową Eucharystię sprawowaną w kaplicy w peryferyjnej części bazyliki, w miejscu groty, gdzie przy końcu IVgo wieku św. Hieronim tłumaczył Biblię z hebrajskiego na łacinę. Niskie, kamienne pomieszczenie bez najmniejszego świątecznego akcentu, choć był to przecież styczeń i wciąż jeszcze czas bożonarodzeniowy. Przed mszą św. postanowiliśmy zapalić od płonącej na ołtarzu świecy nasze pamiątkowe świeczuszki, które kupuje się w palestyńskich świętych miejscach w pęczkach na pamiątkę. Zrobiło się od razu mnóstwo dymu i ustał śpiew, bo wszyscy zaczęliśmy się naraz krztusić. Taki to bywa, gdy pomieszczenie jest zbyt małe i nieco duszne.
 
Dziś patrzę na tę wizytę w Betlejem nieco inaczej. Oto Słowo, które jest przecież światłością ludzi (por. J 1,9), przyszło na świat. Wiemy, że nie wszyscy Je przyjęli (por. J,11). Lecz nawet ci, którzy je w taki czy inny sposób przyjęli (niekiedy dość przypadkowo, bo dali się jako dzieci ochrzcić, a potem przyprowadzić do innych sakramentów), niekoniecznie je jeszcze mają. Bo przecież to Słowo przychodzi najpierw do mrocznej piwnicy kamiennego ludzkiego serca, a nie do sali bankietowej. Nie musi się ono od razu podobać. W pierwszej chwili wydaje się nawet, że raczej przeszkadza, niż pomaga. Łatwiej jest je wtedy szybko zgasić i nie czekać, aż przestanie dymić i da swój ożywczy blask.
 
Św. Hieronim nie na darmo wybrał takie właśnie miejsce na tłumaczenie Pisma. Ten zdolny erudyta był równocześnie człowiekiem, z którym nikt nie mógł długo wytrzymać, tak bywał złośliwy i zacietrzewiony w dowodzeniu swych racji. Równocześnie wodziły go całe życie za nos najrozmaitsze pokusy, z którymi nie do końca potrafił dawać sobie radę. W kamiennej grocie, wyobrażającej jego własne serce, siedział długie lata i tłumaczył po kolei kolejne księgi obu Testamentów. Wyszedł z tego doświadczenia przemieniony. Nie tylko przybliżył Słowo Boże nieznającym greki chrześcijanom Zachodu, ale też Je w jakiś sposób wewnętrznie zasymilował. Odtąd oświetlało go Ono jakby od środka, w głębi przemienionego serca. Dlatego też został wielkim świętym i Ojcem Zachodniego Kościoła.
 
Światło Słowa jest najwspanialszym podarunkiem, jaki nasz Ojciec w Niebie daje każdemu z nas pod choinkę. Bo jeśli całe twoje ciało będzie w świetle, nie mając w sobie nic ciemnego, całe będzie w świetle, jak gdyby światło oświecało cię swym blaskiem (Łk 11,36). Dlaczego Go jednak tak rzadko rozpakowujemy? Dlaczego wolimy zmontowane naprędce świecidełka i coraz droższe gadżety, które sobie z okazji Bożego Narodzenia ofiarujemy i które bynajmniej nie sprawią, by światło, które jest w tobie, nie było ciemnością (Łk 11,35)?
 
Trzeba najpierw dać się obdarować Niebu, aby móc prawdziwie obdarowywać bliźnich. Tylko prezent, który w jakiś sposób wyraża i objawia przemieniające nas od wewnątrz Słowa Życia i Miłości, jest w stanie rozbudzić w obdarowanej osobie coś, co w niej już dawno wygasło.
 
Czego życzę także wszystkim Czytelnikom.