Odsunięty kamień, pusty grób, przerażone straże. Co się wydarzyło: cud życia czy zwykła kradzież? A gdzie jest denat? Jeśli jest martwy, kto go zabrał, a jeśli żyje, to gdzie Go szukać… Jak i gdzie szukać Zmartwychwstałego?

 
Niedziela Zmartwychwstania Pańskiego jest najbardziej zaskakującym dniem świątecznym, jaki można sobie wyobrazić. Chociaż Jezus przygotował wszystko wcześniej – zapowiedział swoją mękę i zmartwychwstanie, przemienił się wobec uczniów, przywrócił życie Łazarzowi, pokazując tym samym, że ma władzę nad śmiercią – to jednak jego powstanie z martwych jest zaskakujące przede wszystkim dlatego, że chyba nikt nie wierzył, iż Jezus dotrzyma słowa. Przecież na Kalwarii nie stanął w swojej obronie, gdy słyszał: Innych wybawiał, siebie nie może wybawić (Mk 15, 31). Nie okazał wystarczającej mocy, by uchronić się od śmierci. Arcykapłani i uczeni w Piśmie, którzy Go lżyli na krzyżu, nie pojęli jednak, że zmartwychwstanie następuje dopiero po śmierci.
 
Jezus dotrzymał słowa. Zwyciężył śmierć. To spektakularne wydarzenie nie odbyło się jednak w obecności naocznych świadków, którzy mogliby potwierdzić przebieg zdarzeń. Zmartwychwstanie dokonało się pod osłoną nocy. Śmierć, która spała spokojnie (nie potrzebowała straży), została okradziona ze swojego „pewnego” łupu, pozostała z pustymi rękami.
 
Ewangelista Jan podaje, że wczesnym rankiem, gdy było jeszcze ciemno, Maria Magdalena udała się do grobu, ale Jezusa już w grobie nie było (J 20, 1). Maria Magdalena zatroskana jest ciągle o to, by dokończyć obrządki pogrzebowe. O Jezusie myśli jak o zmarłym, którego można przenosić z miejsca na miejsce. Nie umie sobie wytłumaczyć nieobecności Jezusa w grobie. Przerażona biegnie do Szymona Piotra, by ten rozjaśnił jej, o co w tym wszystkim chodzi. A Piotr rozumie niewiele więcej. Biegnie z Janem do grobu. Tan odkrywają pierwsze oznaki „czegoś innego”: pusty grób oraz płótna i chustę starannie zwinięte. Piotr jednak ciągle czuje się bezradny…
 
Szukanie Zmartwychwstałego rozpoczyna się w ciemności, w strapieniu duchowym wynikającym z rozczarowania, utraty nadziei, która powoduje, że nie widzi się znaków Jego obecności. Kiedy człowiek nie dostrzega widzialnych znaków Pana, nie powinien stać bezczynnie, ale ruszyć, biec, szukać porozumienia z innymi, aby doprowadzić do zjednoczenia w rozpoznawaniu Go obecnego w nowy sposób. Naszym zadaniem nie jest trzymanie straży przy grobie, pilne strzeżenie, by nikt nie wykradł ciała, ale szukanie sposobów ponownego nawiązania łączności ze Zwycięzcą śmierci, spotkania z Nim w wydarzeniach codziennego życia.
 
Zmartwychwstanie Jezusa to przede wszystkim wydarzenie wiary. Jezus stopniowo, cierpliwie i serdecznie wzbudza w duszach ufność, z której rodzi się później zdolność rozpoznania Go. Wiara to przejście od początkowego „nie wiem”, do końcowego „ujrzał i uwierzył”, od lęku przed śmiercią do miłości niosącej życie, od smutku do radości. Nie pozwala przyzwyczaić się do myśli o tym, że Jezus spoczywa w grobie, że trzeba zatrzasnąć drzwi z obawy, by nie spotkał nas taki sam los, że to już koniec. Wiara nie pozwala na dokończenie nekrologów oznajmiających o śmierci Chrystusa, ale nakazuje przygotowanie innych transparentów: „Jezus żyje”!
 
Radykalna nowość zmartwychwstania sprawia, że stajemy przed tym wydarzeniem jako nowicjusze. Jesteśmy dopiero na początku drogi. Musimy oswoić się z nowym sposobem Jego obecności. Jezus, podobnie jak apostołów, uczy nas na nowo nawiązywać kontakt z rzeczywistością, w której obecna jest moc Boga. Trzeba trochę czasu, by dotarły do nas słowa: „To Ja jestem”, by usłyszeć, gdy wezwie nas po imieniu, by dotknąć Jego ran, by wypowiedzieć: „Pan mój i Bóg mój!”. Trzeba czasu, by przełamać strach, że Jezus będzie nam wypominał naszą niewiarę i ucieczkę. Trzeba czasu, by pokonać lęk i wydoskonalić się w miłości, by wzrok Jezusa nie przerażał, ale przyciągał, a Jego rany stały się naszym zdrowiem.
 
Zmartwychwstały Jezus ogłasza, że ze strony Boga nic się nie zmieniło: Bóg ciągle nas kocha i pragnie obdarzyć nas pokojem. Anthony de Mello pisze: Moje relacje z Bogiem były dość dobre: Prosiłem Go o różne rzeczy, rozmawiałem z nim, śpiewałem na Jego cześć, składałem Mu dzięki. Ale cały czas miałem dziwne przeczucie, że On chce abym Mu spojrzał w oczy. A ja nie śmiałem. Mówiłem do Niego, ale unikałem Jego wzroku, gdy tylko poczułem, że patrzy na mnie.
 
Unikałem ciągle Jego wzroku i wiedziałem dlaczego: bałem się! Bałem się, że znajdę w Jego wzroku oskarżenie za moje winny, których nie wyznałem; myślałem, że odkryje w jego wzroku kolejne wymagania, które na mnie nałoży lub że chce mi coś zabrać.
 
Pewnego dnia zdobyłem się na odwagę i spojrzałem mu w oczy. Nie było w nich ani oskarżenia, ani żadnego żądania. Jego oczy mówiły tylko: „Kocham cię” Wpatrywałem się długo w jego oczy, badałem je, ale ciągle mówiły: „kocham cię”. Później, jak Piotr, wybiegłem i zapłakałem.
 
Jak to dobrze, że jesteśmy tylko nowicjuszami. Nie potraktujemy zmartwychwstania jak niechcianego prezentu, ale jako dar, który otwiera naszą przyszłość, uwalnia od śmierci i prowadzi do miłości. Jezu, prowadź mnie od niewiary do całkowitego zawierzenia Tobie, od lęku i zdrady do miłości. Pomóż mi przyjąć słowa, które do mnie mówisz:
Przestań się lękać! 
Jam jest Pierwszy i Ostatni i żyjący. 
Byłem umarły, a oto jestem żyjący na wieki wieków (Ap 1, 17-18).
 
Możemy już odejść od grobu. Nasze poszukiwanie dobiegło końca. Sam Zmartwychwstały nas odszukał. Noc się kończy i nastaje dzień: „Dzień, który Pan uczynił!”.