“Wszyscy, co drogą zdążacie, przyjrzyjcie się, patrzcie, czy jest boleść podobna do tej, co mnie przytłacza, którą doświadczył mnie Pan” (Lm 1, 12).

Via Dolorosa (łac. „droga cierpienia”) to ulica w starej części Jerozolimy (obecnie Dzielnicy Muzułmańskiej), którą przemierzył Jezus przed swą śmiercią, dźwigając krzyż na Golgotę. Dzisiaj trudno z całą dokładnością odtworzyć jej miejsce i przebieg, gdyż Jerozolima była kilkakrotnie niszczona i odbudowywana. Zatarł się bieg ulic z I wieku; wytyczano nowe, zwłaszcza po powstaniu żydowskim (132-135), gdy miasto odbudowano jako Aelia Capitolina. Swój obecny kształt Via Dolorosa uzyskała w XVIII wieku; jest oznaczona dziewięcioma stacjami, pięć pozostałych mieści się w Bazylice Grobu Świętego. Nie odpowiada rzeczywistości historycznej, ma raczej charakter modlitewno-pokutny.
Moją Via Dolorosa rozpoczynam od klasztoru Sióstr Syjońskich „Ecce homo”. Klasztor ten ufundował w XIX wieku ojciec Alfonso Ratisbonne, nawrócony Żyd. Celem zamieszkujących go sióstr jest praca na rzecz pojednania chrześcijan i Żydów. Klasztor zawiera wiele skarbów związanych z męką Jezusa. Zaczynam od podziemi. Znajduje się w niej sadzawka Strution z czasów Heroda Wielkiego, która służyła jako zbiornik wodny; obecnie wypełniona jest wodą deszczową, która spływa z… dachu klasztoru. Za sadzawką zorganizowano niewielkie muzeum archeologiczne. Drewnianym mostem wchodzę do tunelu, którym kiedyś spływała woda do sadzawki z okolic Bramy Damasceńskiej. Następnie zaś przechodzę do najważniejszego miejsca, którym jest fragment herodiańskiego pawimentu uważanego przez tradycję za Lithostrotos, miejsce skazania Jezusa przez Piłata na śmierć. Współczesna archeologia nie potwierdza jego autentyczności. Niemniej zawiera on wiele elementów z czasów rzymskich. Dostrzegam na przykład kanały odprowadzające deszczówkę do podziemnych cystern, rowki zapobiegające ślizganiu się na mokrej powierzchni ludzi i zwierząt, graffiti ryte ostrym rylcem. Na posadzce znajdują się również rysunki wskazujące na typowe gry żołnierzy rzymskich, na przykład elementy do szachownicy i koła do „gry w króla” („basilikos”). Ta ostania była grą w kości; zwyciężał zawodnik, który pierwszy stanął na koronie. Gra ta prawdopodobnie posłużyła żołnierzom do kpin i wyszydzenia Jezusa. Zatrzymuję się na chwilę, by w wyobraźni odtworzyć tę bolesną „grę”. Opisuje ją święty Marek: Żołnierze zaprowadzili Go na wewnętrzny dziedziniec, czyli pretorium, i zwołali całą kohortę. Ubrali Go w purpurę i uplótłszy wieniec z ciernia włożyli Mu na głowę. I zaczęli Go pozdrawiać: Witaj, Królu Żydowski! Przy tym bili Go trzciną po głowie, pluli na Niego i przyklękając oddawali Mu hołd (Mk 15, 16-19).
Z podziemi przechodzę do kościoła „Ecce Homo”, który współtworzy zespół klasztorny Sióstr Syjońskich. Jest zaprojektowany w ten sposób, że boczne przęsło łuku triumfalnego stanowi część prezbiterium. Łuk triumfalny „Ecce Homo” pochodzi z czasów cesarza Hadriana. Został zbudowany w 135 roku. Posiada trzy przejścia: środkowe, widoczne częściowo na ulicy, północne, znajdujące się w kościele oraz południowe, mieszczące się dziś na terenie obiektów muzułmańskich. Tradycja chrześcijańska łączy to miejsce z wyrokiem Piłata. Wmurowane w łuk dwa kamienie upamiętniają miejsce, na których miał znajdować się Jezus i Piłat, lub Jezus ukazany przez Piłata tłumom. Współczesne badania nie potwierdzają autentyczności łuku, jednak mimo to z wielki wzruszeniem przypominam sobie słowa, które (być może jednak) w tym miejscu wypowiedział Piłat, skazując Jezusa na śmierć: Oto Człowiek (J 19, 5). „Oczyma duszy” widzę Jezusa w cierniowej koronie i purpurowym płaszczu, znieważonego i niewymownie cierpiącego. Tak, oto człowiek w całej prawdzie, w najgłębszym cierpieniu, ale również w najwyższej godności i pięknie. Przychodzą mi na myśl słowa Ernesta Hemingwaya: „Człowieka można zniszczyć, ale nie można pokonać”. Jezus stoi przed Piłatem wyniszczony do granic ludzkich możliwości, ale nie pokonany. Gdy o tym myślę, wpatruję się w absydę. W jej półsklepieniu znajduje się piękna współczesna mozaika z krzyżem typu raweńskiego na złocistym tle. To symbol nadziei i ostatecznego zwycięstwa.
Kolejnym punktem mojej Via Dolorosa jest Kaplica Biczowania („Flagelacji”), mieszcząca się w obrębie klasztoru franciszkanów. Została zbudowana w roku 1838 na miejscu kaplicy średniowiecznej. Wystrój wnętrza pochodzi z XX wieku. Moją uwagę przykuwają wspaniałe witraże przedstawiające sceny biczowania, Piłata umywającego ręce oraz triumfującego Barabasza. Uwagę przyciąga ponadto sklepienie pokryte mozaiką przedstawiającą koronę cierniową na złotym tle. Wśród splotów cierniowych prześwitują niewielkie okienka w kształcie kwiatów, dając wrażenie kwitnącej korony. Zastanawiam się nad sensem tej mozaiki i przychodzi mi na myśl tylko jeden: cierpienie Jezusa przynosi wspaniały owoc – kwiat zbawienia.
Drugą stację Via Dolorosa umiejscawia Kaplica Skazania na Śmierć. Została odbudowana na średniowiecznych pozostałościach w 1904 roku. Pod względem architektonicznym zachowuje plan bizantyjski. Na witrażach przedstawiono aniołów trzymających narzędzia męki, Piłata umywającego ręce oraz włożenie krzyża na barki Jezusa. Znajdujący się w środku rzymski pawiment uchodzi za fragment dziedzińca Lithostrotos. Można na nim dostrzec kamienie z rowkami zapobiegającymi poślizgnięciu się koni czy rysunki geometryczne służące rzymskim żołnierzom do gier i zabaw. W tym właśnie miejscu ma początek Lithostrotos; na którym Piłat skazał Jezusa na śmierć i włożono na Jego ramiona krzyż. Biorę również swój mały krzyż i podążam Via Dolorosa, rozważając cierpienie Jezusa, Jego spotkania z ludźmi i słowa wypowiedziane na Drodze Krzyżowej.
Via Dolorosa wiedzie dalej do stacji trzeciej. Ma ona dla Polaków „patriotyczny” wymiar, gdyż (podobnie jak stacja czwarta) została ufundowana z inicjatywy ks. Stefana Pietruszki-Jabłonowskiego, między innymi przez żołnierzy polskich stacjonujących w Ziemi Świętej w czasie drugiej wojny światowej. Wewnątrz oratorium trzeciej stacji znajduje się marmurowa rzeźba Jezusa upadającego pod krzyżem dłuta Tadeusza Zielińskiego. W kaplicy zaprojektowano trzy kopuły. Dwie z nich poświęcone są Polakom; w kopule nad wejściem przedstawiono Drogę Krzyżową Polaków, zaś w kopule środkowej naszego orła. Zatrzymuję się na chwilę kontemplacji obrazu widniejącego nad rzeźbą upadającego pod krzyżem Jezusa. Przedstawia aniołów. Pochyleni, trwają w pokornej czci, adoracji zadziwieniu. Jak to możliwe, że Boży Syn, Pan, Stwórca nieba i ziemi nie skorzystał ze sposobności, aby na równi być z Bogiem, lecz ogołocił samego siebie, przyjąwszy postać sługi, stawszy się podobnym do ludzi. A w zewnętrznym przejawie, uznany za człowieka, uniżył samego siebie, stawszy się posłusznym aż do śmierci – i to śmierci krzyżowej (Flp 2, 6-8)? To samo pytanie stawia sobie ludzkość wszechczasów. Stawiam również ja.
Większość kolejnych stacji Via Dolorosa oznaczono tablicami zawierającymi cytaty biblijne. Bruk w tym miejscach został wyłożony w sposób wachlarzowaty. Przy czwartej stacji modlę się na zewnątrz kaplicy. Nad wejściem znajduje się rzeźba przedstawiająca spotkanie Jezusa z Matką. Odnowioną rzeźbę ktoś polał czerwoną farbą. Wygląda przejmująco. Jak krwawe łzy spływające z oczu Zbawiciela i Maryi. W szumie i gwarze przechodniów i handlujących na ulicy próbuję stanąć w chwili modlitwy. Spoglądam na wyrzeźbione oblicza Syna i Matki i próbuję w czuć się w ich uczucia – cierpienie i miłość. Te dwa kochające serca nie były nigdy bardziej złączone w boleśniejszej kontemplacji. Serce Maryi było blisko serca Jezusa. Ale nigdy mocniej niż tu i pod krzyżem nie zostało przeszyte bólem.
Od tego miejsca droga wije się dość stromo i przebiega ulicą handlową. Wokół mnie tłoczno; pielgrzymi, turyści, sprzedawcy, modlący się i przekrzykujący handlarze, próbujący wcisnąć różne (nieraz) tandetne pamiątki, nie zważający na pragnących wyciszenia pielgrzymów. Wyobrażam sobie, że w czasach Jezusa nie było inaczej. Tylko że On szedł całkowicie wyczerpany fizycznym i psychicznym cierpieniem. Ja podążam Jego śladami wygodnie, komfortowo.
Piątą stację wskazuje mała współczesna kaplica franciszkańska, położona niedaleko od kościoła „Spasmos”. Przy tej stacji wspominam miłosiernego Szymona z Cyreny. Myślę też o współczesnych Cyrenejczykach. Są nimi wszyscy ludzie dobrej woli, którzy przyczyniają się do usuwania zła i cierpienia świata, wspomagają cierpliwie innych w ich drodze krzyża, często cisi, pokorni, bezimienni, bezinteresowni i miłosierni. Jak ludzie błogosławieństw. Czy nim jestem? Niestety, nie zawsze…
Z tymi myślami zbliżam się do stacji szóstej. Została ona zlokalizowana przy kaplicy melchickiej (greckokatolickiej), zbudowanej na pozostałościach monasteru bizantyjskiego. W tym miejscu tradycja wspomina jedną kobietę, której imię pozostało w pamięci potomnych. To Weronika. Według pobożności ludowej była matroną z Jerozolimy. Jej dom znajdował się w pobliżu drogi krzyżowej, którą przemierzał Jezus. Widok Jezusa cierpiącego, osłabionego i upadającego pod ciężarem krzyża tak bardzo ją wzruszył, że przecisnęła się przez tłum i żołnierzy i białą chustą otarła Jego skrwawioną i zlaną potem twarz. Jej miłosierny czyn został wynagrodzony. Na chuście, którą otarła twarz Skazańca, otrzymała odbicie Jego bolesnego oblicza. Tradycja utożsamia ją z „Świętym Obliczem”, relikwią przechowywaną we włoskim sanktuarium Manoppello. Dzisiejszy często zagubiony świat potrzebuje wzorców miłosiernej i bezinteresownej miłości. Myślę, że Weronika jest najpiękniejszym wzorem dla współczesnych kobiet, pragnących prawdziwie kochać. I nie tylko dla kobiet.
Siódma stacja Via Dolorosa upamiętnia drugi upadek Jezusa. Tradycja odnotowuje go przy bramie miejskiej, w miejscu, w którym bolesny pochód opuszczał Jerozolimę, zmierzając w kierunku Golgoty. W miejscu tym był wywieszony wyrok śmierci. Starożytna tradycja chrześcijańska nazwała je „Bramą wyroku”. Dziś upamiętnia je obszerna kaplica franciszkańska, zbudowana na skrzyżowaniu czterech ulic, z których jedna stanowiła kiedyś część rzymskiego „Cardo Maximus” w Aelia Capitolina. W kaplicy znajduje się kolumna należąca do rzymskiej cardo.
Na Via Dolorosa mieszczą się jeszcze dwie stacje bolesnej drogi, którą przebył Jezus. Ósmą oznaczono czarnym krzyżem i umiejscowiono przy murze greckiego klasztoru świętego Karalambosa. Upamiętnia ona współczujące kobiety, które wspierały Jezusa na tej drodze miłosierdziem i płaczem. Ich płacz nad Jezusem jest kobiecą formą protestu wobec ludzkiej niesprawiedliwości i zła. Nie godzą się na cierpienie, które jest skutkiem zatracenia ludzkiej godności zadających ból i dominacji ciemnej strony człowieka. Jezus odpowiadając na ich życzliwość i współczucie, zachęca je, by płakały nad sobą i swoim potomstwem, nad konsekwencjami ludzkiego zła, które nieuchronnie prowadzi do zagłady.
Ostatnia stacja Via Dolorosa znajduje się przy wejściu do klasztoru koptyjskiego, na tyłach Bazyliki Grobu Pańskiego. Oznacza ją wmurowana w ścianę kolumna. Zastanawiam się, jakie cierpienie powaliło Jezusa ponownie na ziemię. W tym miejscu jest prawie u celu. Widzi już miejsce swej kaźni i w (wyobraźni) czekające Go cierpienia; za chwilę doświadczy śmierci i wstrząsu związanego z okrutną formą okrucieństwa, zła, niesprawiedliwości. Ogrom czekającego Go cierpienia sprawia, że ciężar wydaje się nie do uniesienia. Pada na ziemię. Teraz jest najbliżej niej. Być może chciałby tak pozostać na zawsze. Ale trzeba wstać i iść dalej. To jeszcze nie koniec. Ja również idę dalej do kolejnych pięciu stacji, które znajdują się obecnie w obrębie Bazyliki Grobu Pańskiego. Po drodze mijam zabudowania patriarchatu koptyjskiego. Jest to jedna z najbardziej niezwykłych budowli Świętego Miasta. Klasztor przypomina wyglądem afrykańską wioskę z lepiankami, zaś kaplica umieszczona została na dachu bazyliki. Idę drogą Jezusa, ale podziwiam również pomysłowość i wiarę ludzi, którzy na przestrzeni wieków w tak różnorodny sposób czcili to święte miejsce.

Stanisław Biel SJ