Najpierw bądź człowiekiem

Gdy Jan nauczał nad Jordanem, pytały go tłumy: «Cóż mamy czynić?»
On im odpowiadał: «Kto ma dwie suknie, niech się podzieli z tym, który nie ma; a kto ma żywność, niech tak samo czyni».
Przyszli także celnicy, żeby przyjąć chrzest, i rzekli do niego: «Nauczycielu, co mamy czynić?»
On im powiedział: «Nie pobierajcie nic więcej ponad to, co wam wyznaczono».
Pytali go też i żołnierze: «A my co mamy czynić?»
On im odpowiedział: «Na nikim pieniędzy nie wymuszajcie i nikogo nie uciskajcie, lecz poprzestawajcie na waszym żołdzie».
Gdy więc lud oczekiwał z napięciem i wszyscy snuli domysły w swych sercach co do Jana, czy nie jest Mesjaszem, on tak przemówił do wszystkich: «Ja was chrzczę wodą; lecz idzie mocniejszy ode mnie, któremu nie jestem godzien rozwiązać rzemyka u sandałów. On będzie was chrzcił Duchem Świętym i ogniem. Ma On wiejadło w ręku dla oczyszczenia swego omłotu: pszenicę zbierze do spichlerza, a plewy spali w ogniu nieugaszonym».
Wiele też innych napomnień dawał ludowi i głosił dobrą nowinę. Łk 3, 10-18

****

„Cóż mamy czynić?” Jan im odpowiadał: „Kto ma dwie suknie, niech jedną da temu, który nie ma; a kto ma żywność, niech tak samo czyni” (Łk 3, 10-11).

„To, co mam, jest moje; to, czym jestem, nie jest moje”(Abraham Heschel).

Przygotowanie na przyjście Pana zarówno w czasach Jana Chrzciciela jak i w naszych polega także na konkretnej miłości człowieka. Tyle że Jan nie wzywa ludzi do heroizmu, lecz każe się dzielić tym, co każdy posiada. Zabrania krzywdzić i szkodzić. Właściwie Jezus wzywa do tego samego: okaż miłosierdzie swemu bliźniemu. To będzie podstawowe kryterium sądu.

Kiedy będziemy oglądać Boga twarzą w twarz, to będziemy dawać siebie, a nie coś. Staniemy przed Bogiem nadzy w swoim byciu. Myślę, że już w tym życiu chodzi o to, byśmy dzielili się z innymi nie tylko tym, co mamy, ale i tym, czym jesteśmy. Na pewno zdecydowanie łatwiej jest dać komuś coś niż siebie. Taki dar mniej kosztuje. Jednak kiedy daję siebie, to muszę się bardziej odsłonić, zaryzykować, przekroczyć lęk, powiedzieć coś o sobie, otworzyć drugiemu dostęp do swego wnętrza.

Różnie sobie jednak z tym wyzwaniem radzimy. Są wierzący, w tym także duchowni, którzy w imię wyższych wartości w sposób sztuczny próbują „przeskoczyć” własne człowieczeństwo. Czasem widać tę ślepą uliczkę w herezji klerykalizmu. Niektórzy myślą, że gdy zostają księżmi albo biskupami, to jakby przestali być ludźmi. Nie chodzi tylko o specjalne względy, które teraz im się szczególnie „należą”, ale o „udawanie”, że już nie potrzebują bliskości człowieka, że unoszą się ponad swoją cielesnością, że teraz należy dawać coś zdecydowanie „większego” niż zwykła ludzka życzliwość, że słabości i grzeszność automatycznie znikną. A przecież Syn Boży przyszedł po to, abyśmy stali się ludźmi po myśli Bożej, i to nie w jakimś sztucznym i wysterylizowanym świecie, albo z dala od ciała, lecz dokładnie w samym środku naszej biedy i naszych radości. Chrześcijaństwo sprawia, że dotychczasowe człowieczeństwo, nieco uśpione i skrępowane, w pełni rozkwita. Jeśli jest rzeczywiście przyjęte.

Wielu ochrzczonym chrześcijaństwo jawi się jako kolejny wagon dołączony do pociągu życia. To raczej dodatkowy ciężar. Gdyby go odczepić, właściwie nic szczególnego by się nie stało, poza tym, że byłoby lżej. Zazwyczaj „doczepiona” wiara „miesza ideę człowieka uczciwego z chrześcijaństwem” (Alfred Cholewiński SJ). To znaczy zasadniczo wszystko toczy się po starych torach. Wprowadza się tylko nieznaczne kosmetyczne zmiany. Człowiek stara się unikać rażącego zła. To już wiele, ale niechrześcijanie też się starają. Trzyma się naturalnej filozofii życiowej.  Pieniądze są ważne, oszukiwać nie można. Rodzina jest najważniejsza, ojczyzna też, trzeba walczyć o swoje, nie dać się zepchnąć z drogi, gdy trzeba, to przepchać się łokciami, nie można też łatwowiernie ustąpić i należy żądać sprawiedliwości, jeśli mi coś bezprawnie zabiorą, a odpuścić komuś można, ale co najwyżej raz – bo człowiek słaby, a poza tym każdemu się zdarza. Ciągłe przebaczanie to jednak naiwność.

W podobny sposób myślą i postępują także ludzie niewierzący. Czym się często różnią od nich wierzący? Tym, że chodzą do kościoła? Wtedy nie ma to większego wpływu na ich codzienne życie.

Inni postrzegają chrześcijaństwo jak pociąg, który jedzie po sąsiednim torze, obok ich życia. Na co dzień  w ogóle go nie zauważają. Czasem jednak zaciągają hamulec bezpieczeństwa, wysiadają ze swojego pociągu i na chwilę przesiadają się do „chrześcijańskiego” ekspresu. Dzieje się tak, gdy wydarzy się coś złego, jakiś rodzinny dramat, choroba, strata. Wtedy wiara staje się jednak częścią życia, uruchamia się jako chwilowy „tryb” działania. Gdy zagrożenie mija, przesiadają się znów do swojego ulubionego pociągu.

W obrębie chrześcijaństwa ten zespół „doczepionego” lub „odczepionego” chrześcijaństwa doprowadza do rozdziału słów od czynów. Pan Jezus nazywa takie schorzenie „fałszywym proroctwem”. (Por Mt 7, 15-23). Ewangelię głosi się tylko słowami i pobożnością, ale nie dawaniem siebie i czynną miłością bliźnich. Amerykanie używają pięknego wyrażenia „to pay lip service” – „składać gołosłowne deklaracje”, „służyć jedynie słowami”. Wtedy człowiek ma pełne usta chrześcijańskich haseł, broni ich zażarcie, jakby w wierze chodziło jedynie o dogmaty i strzeżenie jakichś bogactw zamkniętych w sejfie, na które nikt nie może się poważyć.

Są wśród nas bojownicy szczytnych i pobożnych idei. Pierwsi poszliby w marszu za życiem, za tzw. wartościami chrześcijańskimi, ale gdy spotkają zwykłego człowieka, to się wymawiają, że nie mają czasu, pieniędzy, że jest MOPS, państwo. Chętnie nakarmiliby dzieci w Afryce, ale trudniej dać kromkę chleba sąsiadowi obok. Czemu? Bo przecież właśnie o to walczą na ulicy i w internecie, aby całą tą biedą zajął się rząd, instytucje, opieka społeczna. Od tego przecież są. To prawda. Tylko że nic nie zastąpi osobistego kontaktu i spotkania. Rząd nie jest od tego, aby wyręczać ludzi od bycia ludźmi.

Poznałem kiedyś człowieka, który był przekonany, że został stworzony do wielkich rzeczy. Od lat wyobraża sobie, że w końcu wpłynie na bieg dziejów i dokona wiekopomnej zmiany w kraju. Wejdzie w debatę publiczną, zacznie pisać książki. Na razie jednak, niestety, musi się zajmować „przyziemnymi” sprawami jak zarabianie na życie i domowe obowiązki. Przecież umycie naczyń po sobie to jednak nieco uwłaczające zajęcie. Czeka więc na Godota, na lepsze jutro, aby w owym dniu zacząć w końcu żyć… I tak od kilkudziesięciu lat przechadza się w świecie idei, w głowie odcięty od cielesności i materialności życia, choć musi się z nią jakoś liczyć.

Wszystkie te wypaczenia są wykroczeniem przeciwko Wcieleniu. To próba ominięcia, zdyskredytowania, odsunięcia od siebie bliskości Boga, który przychodzi do nas w cielesności świata i człowieka. Jan jest człowiekiem pokory, ziemi, pustyni. Zna swoje miejsce. Dlatego dostrzega konkretne potrzeby. Pycha lubi ogół, odcieleśnione abstrakcje, czyste pojęcia. Pycha pompuje nadęte ego, które żyje w swoim świecie, odizolowanym od innych. W przestrzeni religijnej pycha przybiera pobożne pozory. Cóż może być większego niż słuszna walka o wartości ewangeliczne z transparentem w ręku i okrzykami tłumu?

Syn Boży obrał inną drogę. Zanim zaczął czynić cuda, najpierw zabrał się za zwykłą robotę. Pokochał szarugę życia. Nie ubierał się w żadne purpury i tytuły. On naprawdę pokochał człowieczeństwo i każdego człowieka, rodząc się w niewyperfumowanej stajni i wchodząc do mętnych wód Jordanu.

Dariusz Piórkowski SJ