Gdzie jesteś w twoim życiu?

W tym czasie przyszli jacyś ludzie i donieśli Jezusowi o Galilejczykach, których krew Piłat zmieszał z krwią ich ofiar.
Jezus im odpowiedział: «Czyż myślicie, że ci Galilejczycy byli większymi grzesznikami niż inni mieszkańcy Galilei, iż to ucierpieli? Bynajmniej, powiadam wam; lecz jeśli się nie nawrócicie, wszyscy podobnie zginiecie. Albo myślicie, że owych osiemnastu, na których zwaliła się wieża w Siloam i zabiła ich, było większymi winowajcami niż inni mieszkańcy Jeruzalem? Bynajmniej, powiadam wam; lecz jeśli się nie nawrócicie, wszyscy tak samo zginiecie».
I opowiedział im następującą przypowieść: «Pewien człowiek miał zasadzony w swojej winnicy figowiec; przyszedł i szukał na nim owoców, ale nie znalazł. Rzekł więc do ogrodnika: „Oto już trzy lata, odkąd przychodzę i szukam owocu na tym figowcu, a nie znajduję. Wytnij go, po co jeszcze ziemię wyjaławia?”
Lecz on mu odpowiedział: „Panie, jeszcze na ten rok go pozostaw, aż okopię go i obłożę nawozem; i może wyda owoc. A jeśli nie, w przyszłości możesz go wyciąć”». Łk 13, 1-9

 

 

„W tym samym czasie przyszli niektórzy i donieśli Jezusowi o Galilejczykach, których krew Piłat zmieszał z krwią ich ofiar”(Łk 13, 1).

„Człowiek jest nieszczęśliwy dlatego, że nie wie, iż jest szczęśliwy” (F. Dostojewski).

Czytamy na początku dzisiejszej ewangelii, że pewni ludzie przyszli do Jezusa w tym samym czasie. Jest to wyraźne nawiązanie do wydarzenia, które zaczęło się wcześniej i trwa aż do tej chwili. Co więcej, św. Łukasz używa greckiego słowa kairos – terminu technicznego, który podkreśla specyficzny odcień czasu. Jak wiemy Grecy mieli dwa słowa na określenie czasu: chronos i kairos. Ten pierwszy to normalny przepływ godzin, dni, miesięcy. Zwykły czas, w którym nic szczególnego się nie dzieje. Ale często w tym czasie pojawia się nagle jakiś moment, a nawet dłuższy okres, w którym wydarza się coś nietypowego, zaskakującego. Raz będzie to coś przyjemnego i radosnego, a innym razem smutnego i niechcianego: wstrząs, katastrofa, nieszczęście.

Kairosu i chronosu nie należy jednak od siebie oddzielać. Są to raczej dwie warstwy nałożone na siebie. W Nowym Testamencie kairos jest jak wyłom w czasie historycznym, w którym zaczyna działać wieczność. Bóg rozdziera zasłonę między niebem i ziemią,  wkracza w czas (chronos) i wtedy staje się on kairosem. To, co duchowe i nieskończone przecina się z tym, co skończone. Kairosem w szerokim sensie jest cała działalność Jezusa, głoszenie Dobrej Nowiny i bliskości Królestwa Bożego, potwierdzanej przez Niego znakami. Ta działalność wywołuje kryzys, który skłania do opowiedzenia się po jakiejś stronie, do podjęcia konkretnych kroków, do porzucenia bezczynności. Kairos staje się z tego powodu nie tylko czasem działania Boga, ale też i złego.

O tej dwuznaczności kairosu pisze św. Łukasz podczas pobytu Jezusa na pustyni. Na samym końcu dowiadujemy się, że „gdy diabeł dokończył całego kuszenia, odstąpił od Niego aż do czasu (kairosu)” (Łk 4, 13). Oddanie tego terminu za pomocą słowa czas nie ukazuje całego dramatu, który tutaj się rozgrywa. Może lepiej byłoby tak: aż do odpowiedniego momentu. Tym dogodnym momentem będzie męka i poprzedzające je godziny modlitwy w Ogrójcu. Wtedy, w doświadczeniu lęku, słabości i opuszczenia, diabeł przystępuje do kolejnego ataku.

Ale to nie koniec trudności z tym wstępnym zdaniem. Okazuje się, że tekst grecki nie tyle podaje, że owi ludzie właśnie tam przybyli, lecz że już tam byli i w którymś momencie zabrali głos. Wskazuje na to użyty tam czasownik paraeimi, który składa się z przedrostka paraobok i eimibyć. Zanim owi ludzie powiadomili Jezusa o mordzie w świątyni, najpierw przysłuchiwali się mowie, którą wygłosił w tym samym czasie.

O czym wcześniej mówił Jezus? Zganił słuchaczy za to, że dobrze znają się na pogodzie, potrafią odczytać mowę natury, a potem dostosowywać do jej zmienności swoje działania, a równocześnie nie są w stanie rozpoznać obecnego czasu, czyli kairosu (Łk 12, 55-56). Jezus dziwi się, że choć wykazują się sporą biegłością w radzeniu sobie ze sprawami życia codziennego, brakuje im cnoty rozróżniania tego, co słuszne, wrażliwości etycznej i religijnej. Sugeruje, że nie wynika to z braku predyspozycji, lecz z duchowej ślepoty i zaabsorbowania tylko tym, co dotyczy tego życia.

Poinformowanie Jezusa o masakrze w świątyni, której dokonał Piłat, jest więc dalszym ciągiem trwającego kairosu. Pytających ciekawi, jak też Chrystus zinterpretuje to okrutne zajście, skoro jest taki mądry. Sami mieli już wyrobione zdanie. Nie wiemy, kim byli Galilejczycy i dlaczego zostali zabici. Być może namiestnik dopadł w świątyni jakichś politycznych buntowników, którzy tam się schronili i nic nie powstrzymało go przed tym, aby zamordować ich w miejscu świętym. Drugie nieszczęście – zawalenie wieży, które przywołuje już sam Chrystus, to śmierć z rąk natury.

Jaką odpowiedź chcieli usłyszeć od Jezusa? Żeby potępił Rzymian, świętokradców i grzeszników, a Galilejczyków uznał za męczenników? Reakcja Jezusa jest otrzeźwiająca. Wykorzystuje On szok, pod wpływem którego człowiek zwykle zadaje sobie pytania: Dlaczego? Jak to możliwe? Szuka wtedy szybkich wyjaśnień, czasem usprawiedliwień, byle odsunąć zło jak najdalej od siebie.

W usłyszeniu tego, co Bóg mówi do nas przez znak czasu przeszkadzają często fałszywe przekonania. Dla przykładu: jeśli Piłat jednych zabił, a drugich uśmierciły gruzy wieży, to najwidoczniej Bóg tak chciał. Takie spojrzenie zwalnia z odpowiedzialności. Albo inny mechanizm „łagodzący: takie rzeczy przydarzają się tylko za karę, w dodatku innym, nie nam. Jezus najpierw rozprawia się z przekonaniem, że śmierć poniesiona w nagły i dramatyczny sposób jest przejawem gniewu lub zemsty Boga. Galilejczycy nie zginęli dlatego, że byli gorsi od innych. Jezus odrzuca tę interpretację, wybielającą tych, którzy ją głoszą.

Następnie Chrystus całą uwagę przenosi na pytających. I twierdzi, że wszyscy uczestniczą w grzechu. Z powierzchni znaku idzie w stronę środka, do wnętrza. Od śmierci fizycznej, której człowiek pod wpływem takich wieści boi się bardziej, przechodzi do śmierci duchowej, której ten sam człowiek aż tak się nie boi, bo o niej na co dzień nie myśli. Jezus mówi o zatraceniu wiecznym lub zbawieniu. Jeśli słuchacze nie zrobią czegoś ze sobą, czeka ich gorszy los niż śmierć biologiczna.

Każdy kryzys w małżeństwie staje się kairosem. Wtedy zaburzony zostaje zwyczajny bieg życia, trzeba wobec tej „nowości” zająć jakieś stanowisko. Wymaga to dołożenia innych starań niż w zwykłym czasie. Więcej refleksji i przyjrzenia się temu, co się dzieje z dystansu. Więcej rozmowy i modlitwy. Kairos wzywa do zmiany, być może do przebaczenia, do pozostawienia czegoś, co wydaje się cenne jednemu ze współmałżonków, ale niekoniecznie sprzyja dobru całego małżeństwa.

Każda poważniejsza choroba zamienia zwykły czas w kairos. Wytrąca z oczywistości, zwalnia tempo życia, stawia nam przed oczy słabość, skończoność. Zmusza do ograniczenia zewnętrznej aktywności, pracy, ulubionych zajęć, a pobudza do wzmożenia wewnętrznej aktywności. Zaczynamy się pytać o sens życia, mocujemy się z bezsilnością, może pojawić się bunt, a potem głębsza akceptacja.

Każde narodzenie dziecka w rodzinie staje się kairosem, zwłaszcza jeśli jest ono pierwsze. Dziecko samo w sobie jest rewolucją. Domaga się sporych zmian nie tylko w urządzeniu mieszkania, ale także w przemodelowaniu dotychczasowego sposobu życia obu rodziców. Z początku jest to fascynujące, ale szybko też staje się uciążliwe.

W doświadczeniu kairosu mamy szansę przedrzeć się do głębszych pokładów rzeczywistości, do wieczności, która w ten sposób próbuje się z nami komunikować, wpłynąć na jakość naszego życia, zmienić je na lepsze, chociaż nie zawsze dokonuje się to w podskokach.

Jeśli w otaczającym nas świecie napotykamy na złe wydarzenia, nie powinniśmy się skupiać wyłącznie na lęku, które one wywołują. Chrześcijanin odczytujący znaki czasu pyta: Do czego w związku z tym wzywa mnie Bóg? Jakie to ma znaczenie dla mojego życia? To pierwszy krok na drodze nawrócenia.

Dariusz Piórkowski SJ