Bez nas się nie obejdzie

Apostołowie prosili Pana: «Dodaj nam wiary». Pan rzekł: «Gdybyście mieli wiarę jak ziarnko gorczycy, powiedzielibyście tej morwie: „Wyrwij się z korzeniem i przesadź się w morze”, a byłaby wam posłuszna.
Kto z was, mając sługę, który orze lub pasie, powie mu, gdy on wróci z pola: „Pójdź zaraz i siądź do stołu”? Czy nie powie mu raczej: „Przygotuj mi wieczerzę, przepasz się i usługuj mi, aż zjem i napiję się, a potem ty będziesz jadł i pił”? Czy okazuje wdzięczność słudze za to, że wykonał to, co mu polecono?
Tak i wy, gdy uczynicie wszystko, co wam polecono, mówcie: „Słudzy nieużyteczni jesteśmy; wykonaliśmy to, co powinniśmy wykonać”». Łk 17, 5-10

„Słudzy nieużyteczni jesteśmy; wykonaliśmy to, co powinniśmy wykonać” (Łk 17,10).

„Chwaląc męczennika, żebym dodał że skaleczony dmucham czule na krew żeby mniej szczypało” (ks. Jan Twardowski).

Czy Jezus opowiada historię o nieużytecznym słudze mając na myśli tylko nas, a może mówi nam coś ważnego także o sobie? Wiemy, że w Ewangelii nie zwykł przybierać pozy taniego moralizatora ani nie ucieleśniał hipokryty nakazującego innym rzeczy, do których sam ręki by nie przyłożył. Jezus objawia, że takim nieużytecznym sługą jest sam Bóg.

Pewną trudność sprawia tutaj samo słowo „nieużyteczny”, ponieważ może wywoływać w nas skojarzenie zgoła przeciwne do tego, które próbuje wzbudzić w słuchaczach Jezus.  Silvano Fausti SJ zauważa, że greckiego słowa achreios – „bezużyteczny” nie można utożsamić z bezwartościowością. Praca sługi, który przygotowuje posiłek swemu panu nie jest przecież „niczym”, zwłaszcza z punktu widzenia jedzącego. To, co sługa wykonuje, jest jak najbardziej pożądane i dobre. Podobnie każdy uczeń, czyli apostoł powołany i posłany przez Pana do konkretnych zadań, jest kontynuatorem Jego misji. Jest potrzebny, aby światło Boga docierało do najciemniejszych zakamarków świata. A dociera tam przez świadectwo, postawy, słowa i czyny ucznia. Nie tyle przez to, co robi, ale jak robi. Więc nie chodzi o to, abyśmy w imię fałszywej pokory uznali, że bez nas i tak by się obeszło, bo nasza praca jest nic niewarta. Takie przekonanie podszyte pychą raczej podcina skrzydła aniżeli prowokuje do wzlatywania w górę. Poza tym jakoś trudno byłoby zaangażować się w cokolwiek, gdybyśmy równocześnie karmili się czarnymi myślami, że cały nasz wysiłek jest daremny i bez sensu.

Ewangelia pokazuje, że coś przeciwnego zachowuje tutaj ważność. Nasze trudy, praca, obowiązki, życiowe powołanie mają ogromne znaczenie, chociaż nikt z nas nie biega po tym świecie z nalepką zbawcy czy mesjasza.

Natomiast w kontekście wcześniejszych wypowiedzi Jezusa i  krótkiej przypowieści o słudze „nieużyteczność” oznacza po prostu bezinteresowność. Ciekawe, że ten przymiotnik pojawia się tylko jeszcze raz, w Ewangelii według św. Mateusza, a konkretnie w przypowieści o talentach, gdy mowa o słudze, który zakopał pieniądze pana, nie puszczając ich w obrót. Gdy wszystko wyszło na jaw, pan nazwał go „nieużytecznym”,  ponieważ nie pomnożył pieniędzy, a więc nie przyniósł żadnego zysku. Nieużyteczność nie dotyczy naszej wartości ani wartości naszej pracy, lecz naszej motywacji do działania. Nie powinniśmy spodziewać się wdzięczności i odpłaty za to, co wykonujemy. Nie staliśmy się uczniami dla zdobycia jakichś gratyfikacji, nie tylko finansowych. Nasza służba powinna być odpowiedzią na miłość Pana. W tym sensie nie mamy przynosić żadnych zysków. Czyż Jezus nie odpowiadał całym swoim życiem na miłość Ojca? Czyż szczytem Jego radykalnej bezinteresowności nie była poniżająca śmierć na krzyżu, gdzie wszystko Mu odebrano?

Dlaczego jednak tak trudno zobaczyć w Jezusie i w samym Bogu postawę sługi? Głównym powodem są nasze wrodzone wyobrażenia o Bożej mocy i wielkości, wypaczone nadto szatańską wizją boskości. Francois Varillon SJ w książce „Pokora Boga” pisze, że „istota stworzona spontanicznie szuka swego Boga na płaszczyźnie mocy. Nie może uniknąć zwrócenia się najpierw w tym kierunku. Pod wpływem chrześcijaństwa zaczyna rozważać całkowitą niemoc Chrystusa Ukrzyżowanego. Niecałkowicie nawrócona oscyluje między dwoma obrazami bóstwa, godząc je mniej lub bardziej, nie potrafi ich jednak zjednoczyć: pogański, władczy obraz mocy pozostaje niezmieniony; na niego nakłada się obraz chrześcijańskiej niemocy, która kona i umiera”.

Nie potrafimy pogodzić wszechmocy Boga z tym, że ten sam Bóg nie wzdryga się przed umyciem nóg człowiekowi. W naszych oczach wielki jest bowiem ten, kto ma władzę, tytuł, posiadłości i komu się myje nogi, nie ten, kto je myje. Bóg również ma władzę, ale w swojej wielkości potrafi się całkowicie umniejszyć.  Gdy Ewangelię traktuje się wyłącznie jako wierzchnie ubranie, a nie jako prawdę przyjętą sercem, wówczas naturalne wyobrażenie o Bogu mocnym i pogańskie rozumienie wielkości drzemią na dnie serca. Uaktywniają się i przejmują pałeczkę, gdy tylko znajdziemy się w sytuacji kryzysowej. Na przykład, w wielu chrześcijanach naturalne pragnienie mocy wychodzi na wierzch, gdy spotykają się z czyjąś nienawiścią, wyśmianiem lub poniżeniem.  Wtedy punktem odniesienia dla ewentualnych działań obronnych nie staje się postawa Jezusa, lecz …. tych, którzy okazują różnego rodzaju przemoc. Swoje agresywne lub triumfalistyczne zachowania usprawiedliwiamy wówczas tym, że przecież inni też tak czynią: Żydzi, muzułmanie, oni itd. Powoływanie się na Jezusa, który nie oddawał złem za zło, odbierane bywa jako żart.

Nie lubimy słabego Boga i Kościoła. Dlatego nie rozumiemy, jak Bóg może stać się niewolnikiem, zrównanym na krzyżu z przestępcą i zabitym. Nie możemy pojąć i przyjąć, że to sam Bóg usłuży nam kiedyś przy stole w swoim królestwie.

Dariusz Piórkowski SJ

 

(C) zdjęcie: http://puszcza.net.pl