Cześć.

Mam na imię Bartek, mam 30 lat i jestem uzależniony od komputera.

Nie mam żony, nie mam nawet dziewczyny. A chciałbym mieć. Uważam, że nikt mnie nie rozumie w realnym świecie i nie mam nikogo, komu mógłbym opowiedzieć moją historię, i ten ktoś nie wyszydziłby mnie. Takich ludzi spotkałem tylko w Sieci. Stali się moimi najlepszymi przyjaciółmi. Uciekłem do nich, nie przyjaźniąc się z nikim w realu. Oczywiście znałem w realu masę ludzi. W szkole, później na uczelni, w pracy. Jednak z nikim nie nawiązałem tak dobrych relacji, żebym mógł podzielić się z nimi moimi problemami. Otworzyć się. Zaufać. Zaprzyjaźnić. Dla mnie to tylko uczniowie z jednej klasy, znajomi z jednej pracy. Nigdy – przyjaciele. Jestem przez to bardzo samotny. A żeby o tym zapomnieć, żeby to zmienić poznałem wspaniałych ludzi na Sieci. Takich, których mogę nazwać prawdziwymi przyjaciółmi. Którym mówię o wszystkim, a oni mnie wysłuchają, zrozumieją. Nie śmieją się ze mnie. Jednak ta metoda rozwiązania moich problemów okazała się dla mnie skuteczna tylko na krótką metę. Początkowo nowi przyjaciele dali mi poczucie własnej wartości, ulgi, że komuś mogę opowiedzieć o moich problemach.

 

Rozmawiałem z nimi latami. Godziny dziennie spędzone przy komputerze. Zaraz po przyjściu ze szkoły włączałem komputer i dyskutowałem do późnej nocy. Dzień w dzień. Nie widziałem w tym nic niewłaściwego. To był mój sposób na zrelaksowanie się, odpoczynek. Po kilku latach zauważyłem, że coś jest nie tak. Spędzanie czasu przed komputerem zaczęło mnie męczyć. Byłem coraz bardziej zmęczony, niewyspany, psuł mi się wzrok. Przestałem utrzymywać kontakty z rodziną, domownikami. Nie rozmawiałem praktycznie z matką, ojcem i rodzeństwem. Cały czas, kiedy byłem w domu poświęcałem na komputer. Drażniło mnie, kiedy mówili mi, że za dużo czasu spędzam przy komputerze. Kiedy musiałem coś zrobić, np. wyjść z psem, czy posprzątać. Marzyłem, żeby dali mi spokój, i pozwolili spędzać czas przy PCcie, bez ględzenia. Co z tego, że tak dużo siedzę przy komputerze? Przecież przechodzę z klasy do klasy, ślepy nie jestem, nie jest źle. A to, że nie mam w realu przyjaciół? Nie potrzebuję ich. Że nie spędzam czasu na podwórku? Z kim mam się kolegować, jak wokół ludzie, z którymi nie mam o czym pogadać.

 

W końcu pojawiła się depresja. Nie interesowałem się już niczym poza komputerem. Wchodząc do Sieci wpadałem w trans. Godzinami patrząc w monitor i stukając w klawiaturę. Ludzie drażnili mnie. Pojawiły się lęki podczas wychodzenia z domu na ulice, że wszyscy dziwnie na mnie patrzą. Jak śmieją się w autobusie, to pewnie ze mnie. Byłem nieustannie zmęczony, bez energii do życia. Nic mi się nie chciało. A kiedy włączałem komputer, a na Gadu nie było moich znajomych, zupełnie nie wiedziałem, co mogę teraz na komputerze robić. Czytałem jakieś artykuły na portalach. Wyłączałem komputer, bo byłem zmęczony i zupełnie nie miałem pomysłu co mogę robić w świecie rzeczywistym. Wszystko mnie męczyło i nudziło. Nie potrafiłem sobie znaleźć zajęcia, które sprawiałoby mi satysfakcję. Więc za godzinę, albo pół włączałem znowu komputer i liczyłem na to, że ktoś pojawi się na Gadu i opowiem mu, jaki to świat jest nudny i nic mnie w nim nie interesuje. Byłem zmęczony siedzeniem przed komputerem, ale nie potrafiłem od niego odejść. Nie potrafiłem zająć się niczym innym. Nic innego mnie nie bawiło. Nie dawało satysfakcji. Pojawiły się trudności w koncentracji. Nie mogłem wysiedzieć na lekcjach. Zawieszałem się. Zdarzyło mi się pójść do bankomatu po pieniądze, wyciągnąć kartę bankomatową i zapomnieć zabrać pieniędzy. Zauważałem to parę sekund po odejściu od bankomatu. „wydaje mi się, że czegoś zapomniałem…” Dziś wiem, że to padaczka monitorowa. Wtedy nie wiązałem tego z komputerem. Depresji również. Myślałem, że kiedy ją pokonam, będę mógł dalej spędzać czas przy komputerze, i będzie mnie to cieszyć. A nawet siedzenie przy komputerze przestało mnie cieszyć. Zastanawiałem się, po co ja w ogóle żyję, i czy to moje życie ma w ogóle jakiś sens. Coraz mniej chciało mi się żyć.

 

Zdecydowałem się iść do lekarza. Dał mi pigułki na depresję. Pomogło. Znowu miałem chęci, żeby coś robić. No to siedziałem przy komputerze. Tabletki przestałem brać dużo wcześniej, niż zalecił mi to lekarz. Przerwałem kurację. Stwierdziłem, że szkoda kasy na pigułki, skoro już czuję się dobrze. Za jakiś czas problem powrócił. A ja powróciłem do lekarza. Zwrócił uwagę, że depresja może nie być samodzielną chorobą, ale pojawić się jako objaw uzależnienia. Zostałem wysłany na terapię uzależnienia od komputera. Dopiero tam zaczynałem rozumieć, co się naprawdę ze mną stało. Zaczęło docierać do mnie, jakie skutki ma moje uzależnienie. Do tej pory myślałem, że poza zdrowotnymi żadne. Teraz wiem, że jest ich o wiele więcej. Że była to ucieczka przed problemami, których nie potrafiłem rozwiązać. I uczę się teraz na terapii rozwiązywać moje problemy. Uczę się, jak nawiązywać prawdziwe przyjaźnie, co robić, żeby czerpać radość z innych czynności niż komputer. Uczę się odkrywać świat. Jak małe dziecko. Bo do tej pory uciekałem przed światem w komputer. Teraz uczę się stawiać temu światu czoło. Myślę, że warto.

PS.

Chciałbym zachować anonimowość, gdyż proszę o opublikowanie tego tekstu, tak aby każdy miał do niego dostęp. Dlatego zmieniłem swoje imię. Mam nadzieję, że ktoś odnajdzie siebie w tym tekście, i jeżeli nie zwrócił się do nikogo o pomoc ze swoim problemem, zostanie przez ten tekst zachęcony, aby to zrobić.

 

Świadectwo przedrukowane za zgodą:

O nas

 

Więcej w tym temacie znajdziesz:

auk.org.pl

uzaleznieniabehawioralne.pl/category/siecioholizm