Jeśli miałbym jednym zdaniem odpowiedzieć na pytanie: „Kim jest ksiądz?”, to powiedziałbym bez wahania: Ksiądz to grzesznik, któremu Pan Jezus umył nogi. Dobrze wiem, że są tysiące innych, pobożniejszych i bardziej teologicznie brzmiących definicji. W żaden sposób nie chcę z nimi polemizować. Powtórzę jedynie: dla mnie najważniejsze w byciu księdzem jest doświadczenie czułej miłości Pana Jezusa, który widzi moją grzeszność, ale nie potępia mnie, tylko klęka i z czułością myje moje ubrudzone przez grzech nogi.

Uznać prawdę o swojej grzeszności

To istota kapłaństwa, tyle tylko że my, księża, jesteśmy gotowi zrobić naprawdę wiele, by jej nie zauważyć, by ją pominąć, by się nią nie przejąć. Jakże często, mówiąc o kapłaństwie, wolimy przedstawiać samych siebie jako niemal idealnych i bezgrzesznych! Jakże często uciekamy przed prawdą o naszej kapłańskiej grzeszności! Jakże często wstydliwie chowamy pod ornat nasze brudne nogi, powtarzając za Piotrem: Nigdy mi nie będziesz nóg umywał! I nie pomaga nawet Jezusowe wołanie: Jeśli cię nie umyję, nie będziesz miał udziału ze Mną (J 13, 8).

 

Jakoś bardzo głęboko wbito nam do głowy i do serca przeświadczenie o tym, że jako księża nie możemy Panu Bogu pokazać żadnych naszych słabości i grzechów, że mamy prężyć przed Nim nasze duchowe muskuły i „zachwycać” Go swoją doskonałością. I nawet wtedy, kiedy grzechy już całkowicie nas przytłaczają, to i tak – w poczuciu winy i niespełnienia pokładanych w nas oczekiwań – staramy się do nich nie przyznawać lub poradzić sobie z nimi samodzielnie, domowymi albo, lepiej powiedzieć, starymi, wypróbowanymi kapłańskimi sposobami. Wszystko po to, by pokazać się przed Nim jako „czyści i bez skazy”. Czyż jako szafarze Eucharystii nie powinniśmy być przaśni i bez żadnej domieszki kwasu? Czyż działając in persona Christi, nie powinniśmy być doskonali, jak On jest doskonały? Czyż nie mamy być kapłanami według Bożego Serca? Przecież wszyscy dokoła mówią nam, że być dobrym księdzem, to znaczy oddać swoje życie na służbę Bogu. Liczą nam, ile to już lat żyjemy, poświęcając się dla Pana Jezusa. Nawet nie zauważamy, kiedy wchodzimy aż po uszy w tego typu mentalność, a stąd już tylko krok do iście pogańskiego myślenia, że w kapłaństwie chodzi o to, bym to ja oddał życie dla Pana Jezusa. A przecież cała Ewangelia mówi o tym, że to On oddał życie za mnie.

Kapłan to ktoś, kto tego doświadczył.

Nikt nie ujął tej prawdy piękniej i wyraźniej niż św. Jan w trzynastym rozdziale swojej Ewangelii. Ten szczególny tekst to przecież opis istoty kapłaństwa u samych jego źródeł. Jak dobrze wiemy, na próżno szukać tam opisu ustanowienia Eucharystii. Zamiast kanonicznych słów konsekracji, znajdujemy przepełniony ciepłem i miłością opis obmycia nóg Apostołom – w tym Piotrowi i Judaszowi – oraz równie wzruszający opis pożegnania Judasza i jego wyjścia w ciemną jak grzech noc. Bo kapłaństwo to nie słowa, choćby te najświętsze. Kapłaństwo to wzruszenie Jezusową miłością, to dotyk Jego dłoni na moich brudnych nogach, to kawałek umoczonego chleba podany mi przez Niego i nadzieja – bo przecież nie przekonanie – że nie ma takiej ciemności, w której by mnie opuścił.

Rozważając ten tekst – ileż to kazań każdy z nas o nim powiedział – zwykliśmy koncentrować się na przykładzie pokornej, służebnej i ofiarnej miłości Chrystusa oraz na Jego wezwaniu do tego, byśmy się wzajemnie miłowali tak, jak On nas umiłował. A przecież nie będę umiał kochać nawet trochę, jeśli wpierw nie wyznam i nie uznam przed Nim mojej bezradności, jeśli nie przyznam się do moich grzechów i do własnej bezsilności wobec nich. Nie będę umiał kochać nawet trochę, jeśli wpierw nie doświadczę na samym sobie, że jest Ktoś, kto mnie, księdza, kocha razem z moim grzechem. Nie będę umiał kochać, jeśli nie podam Panu Jezusowi moich brudnych nóg do umycia. Etyka chrześcijańska, a więc i kapłańska, nie wypływa przecież z nakazów moralnych – choćby to było przykazanie miłości, ale z osobistego doświadczenia Bożej miłości i przebaczenia.

Być może nikt inny nie potrzebuje tego doświadczenia przebaczającej miłości tak bardzo jak my, księża. Można bowiem być bardzo pobożnym duszpasterzem i gorliwym spowiednikiem, można być cenionym przez ludzi kaznodzieją i zaradnym proboszczem, można być księdzem bez zarzutu i kapłanem bez zmazy, jednym słowem można być „wykąpanym”, ale dopóki nie dostrzegę moich brudnych nóg i nie podam ich Panu Jezusowi do obmycia, nie będę miał udziału z Nim, nie będę księdzem.

Być wszystkim w rękach Pana

Wiedząc, że Ojciec dał Mu wszystko w ręce oraz że od Boga wyszedł i do Boga idzie, wstał od wieczerzy i złożył szaty (J 13, 3-4) – tak wzniośle i uroczyście zaczyna się opis obmycia nóg Apostołom w Janowej Ewangelii. Jakże wielkie jest nasze zaskoczenie, kiedy parę wersetów dalej czytamy, że tym „wszystkim”, co Pan Jezus trzyma w swoich rękach, są brudne nogi Dwunastu, symbol ich grzechu, niewierności i zdrady. Bo kapłaństwo to doświadczenie bycia „wszystkim” w Jego rękach. Z całym moim życiem, które przecież On sam ukształtował, i z całym moim grzechem, który jest we mnie i który każe mi wciąż pytać, za każdym razem słusznie i zasadnie, „Czy nie ja, Panie?”. Jak się nie wzruszyć, widząc, że On, który zna najciemniejsze tajniki mojego serca, nie cofa swojego wybrania, tylko ze spokojem raz jeszcze potwierdza: „Ja wiem, kogo wybrałem…”. Wybrany, który nie schowa przed Nim swoich brudnych nóg, to ksiądz.

Konsekwencje takiej definicji kapłaństwa są bardzo konkretne i zanim się pod nią podpiszemy, warto się zastanowić, czy ich chcemy. Jeśli bowiem Pan Jezus jest mi wierny pomimo mojej niewierności, to znaczy, że i ja mam być wierny wszystkim tym, którzy nie są wierni ani Jemu, ani mnie. Jeśli mnie, księdzu, Pan Jezus umył nogi, to po to, bym i ja, jako ksiądz, umywał ludziom nogi, a nie zmywał im głowę. Bym kochał, a nie potępiał; bym przygarniał, a nie pouczał; bym klękał przed ludzką słabością, a nie patrzył na nią z góry. Bo widocznie w Boży plan zbawienia wpisana została jakoś niewierność zarówno moja, jak i innych. Jeśli ja, ksiądz, doświadczę takiego traktowania mnie, grzesznika, to będę umiał tak samo traktować innych. Jeśli doświadczenie przebaczenia jest dla mnie jedynie pobożną teorią, to i innych będę jedynie nauczał, a nie kochał.

Bycie księdzem, który ma świadomość własnej grzeszności i jeszcze większą potrzebę doświadczenia przebaczenia, wcale nie jest łatwe. Trudno się bowiem przyznać do niewierności i zdrady, trudno zaakceptować podobieństwo do Judasza. Jednak niewiele zrozumiem z chrześcijaństwa i kapłaństwa, jeśli nie doświadczę – czasami bardzo boleśnie – że Judasz to mój bliźniak, że Judasz to ja.

Judasz to przypadek beznadziejny, to sam szczyt misterium zła. To ktoś, wobec kogo Boża miłość wydaje się bezradna, syn zatracenia, zagubiony na zawsze. Każde z tych określeń wydaje się prawdziwe, ale nie jest to cała prawda. Całą prawdą o Judaszu jest Jezusowa miłość do niego. Pan Jezus kocha Judasza i Judaszowa zdrada niczego tu nie zmienia. Gdyby miał odpłacać mu pięknym za nadobne, odrzuceniem za zdradę, nie byłby sobą, nie byłby Mesjaszem, nie byłby Bogiem. On jednak nie jest taki jak my. Dlatego kocha Judasza do końca, tak samo jak pozostałych Apostołów, a nawet jeszcze bardziej. Bo czyż Ten, który zostawia dziewięćdziesiąt dziewięć owiec i szuka jednej zagubionej, mógłby zrezygnować z szukania tego, który nazwany został „synem zatracenia”. Kiedy więc, przepowiadając Judaszową zdradę, Jezus doznaje głębokiego wzruszenia, to nie rozrzewnia się nad sobą i nad swoją sytuacją, którą przecież sam świadomie wybrał i zaakceptował, ale wzrusza się nad krzywdą, którą – przez grzech zdrady – samemu sobie wyrządza Jego przyjaciel Judasz, jeden z Dwunastu.

Taką samą miłością Pan Jezus kocha każdego z nas, księży, czyli nas, wybranych przez Niego grzeszników. Kiedy wciąż zdradzamy i wydajemy Go za coraz to nowe trzydzieści srebrników, które potem ze łzami odrzucamy od siebie, bo nie dały nam szczęścia, nie przekreśla nas, nie odrzuca od siebie, nie odpłaca potępieniem za nasze zdrady, ale kocha tym bardziej, im większe jest nasze zagubienie i grzech. Tylko ktoś, kto takie zagubienie przeżył, wie, jak trudno wtedy Jezusową miłość zrozumieć i przyjąć. Targani lękiem i wyrzutami sumienia, zdesperowani i rozczarowani sobą rozpaczliwie szukamy jakiejś nadziei, jakiejś pewności, jakiegoś światła. Z jednej strony niemal automatycznie pojawia się lęk przed potępieniem, a z drugiej wciąż nie gaśnie jakaś niewytłumaczalna nadzieja na zbawienie pomimo wszystko. Bo właśnie dzięki Jezusowej miłości te dwie rzeczywistości, potępienie i zbawienie, nie wykluczają się. Wręcz przeciwnie, ta pierwsza przyzywa tę drugą. Głębia przyzywa głębię. Sami z siebie, zdani jedynie na własne siły, naprawdę jesteśmy synami zatracenia, niezdolnymi do kochania i zasługującymi na potępienie. Kto tego nie doświadczył, nie zna jeszcze prawdy o sobie. Jednak dzięki Jezusowi i Jego bezwarunkowej, nieodwracalnej miłości jesteśmy zbawieni, uratowani, ocaleni. Wciąż słabi i bezsilni, ale bezpieczni i szczęśliwi, bo w Jego rękach.