Reklama

W życiu każdego z nas współistnieją ze sobą tak szczęście jak i cierpienie, które zdają się nierozerwalnie ze sobą złączone. Jedno odsyła do drugiego. Akceptacja jednego oznacza konieczność przyjęcia drugiego.

 

Nie można oddzielić szczęścia od cierpienia. Dążenie do tego − jak zauważa Fromm − jest z założenia błędne. „Kto nie potrafi odczuwać bólu, jest martwy A kto nie żyje, nie może być szczęśliwy. Ból i cierpienie są zatem integralną częścią naszego życia, a zatem i szczęścia”. Istnieją dwie rzeczywistości, które przeplatają się w życiu: „W całej tragedii i komedii naszego życia cierpienia mieszają się z rozkoszami” (Platon, Fileb). Na tym polega dwubiegunowość naszego istnienia.

„Nie ma słońca bez cienia” pisze Camus, a Gibran przypomina, że „kiedy jesteście smutni, wejrzyjcie znów do swego serca, a zrozumiecie, że naprawdę płaczecie nad tym, co było waszą radością”. Oderwanie szczęścia od dramatu istnienia oznaczałoby jego osłabienie. To jakby zatopienie się w psychice poddanej narkozie dla nieodczuwania bólu. Uboczną konsekwencją tego jest jednak niemożność doświadczania radości życia. Camus pisze, że „szczęście i absurd są dziećmi tej samej ziemi”. Szczęśliwy człowiek nie może nie dopuścić do siebie ciężaru życia. „Szczęście udaje mi się odczuwać tylko dzięki delikatnej bądź gwałtownej konfrontacji z tym, co jest jego zaprzeczeniem” – zauważa Patrice Mersault, bohater Szczęśliwej śmierci Camusa.

Rahner nazwał człowieka bytem poważnie wesołym. „Z jednej strony jest on radosny w swojej duchowej wolności […], z drugiej zaś jest bytem tragicznym. […]. Człowieka, któremu można by przypisać tylko tę pierwszą cechę, można by nazwać skończonym błaznem. Jeśli zaś posiadałby tylko tę drugą cechę, byłby desperatem”.

Gdzie znajdują się korzenie podwójnego toru szczęścia i cierpienia? Freud uważa, że w udręce i nigdy nie kończącym się poszukiwaniu równowagi między zasadą przyjemności i zasadą rzeczywistości.

Pominięcie tego poszukiwania oznaczałoby życie w okaleczonej szczęśliwości, taka jej forma bowiem zakłada jako swój jedyny cel usunięcie wszelkiego zaprzeczenia istnienia, które ostatecznie prowadzi do unicestwienia własnej samoświadomości. Tylko ludzie przeciętni, znudzeni i fanatycy wewnętrznie omamieni zadowalają się tą formą szczęścia. Zazwyczaj dochodzą do niego na drodze konsumowania dóbr i środków psychofarmakologicznych.

Ten − coraz bardziej rozpowszechniający się współcześnie − rodzaj szczęścia dostrzegał już Nietzsche, gdy miał na myśli „ostatnich przedstawicieli” swojej epoki. „«Myśmy szczęście wynaleźli” − mówią ostatni ludzie i mrużą niedbale oczy. Opuszczają okolice, gdzie życie twarde było: gdyż ciepła potrzeba. Kocha się jeszcze sąsiada i trze się o niego − gdyż ciepła potrzeba! […] Nieco trucizny kiedy niekiedy, to darzy słodkimi snami. A w końcu − dużo trucizny, aby mile zemrzeć. Pracuje się jeszcze, gdyż praca jest rozrywką. Dba się jednak o to, by ta rozrywka nie stała się zbyt uciążliwa. […] Każdy jest równy, każdy chce działu równego. Kto inaczej czuje, idzie dobrowolnie do domu obłąkanych. […] Sprzeczają się jeszcze, lecz godzą się niebawem, gdyż niezgoda psuje żołądek. […] «Myśmy szczęście wynaleźli” − mówią ostatni ludzie i mrużą oczy” (Nietzsche, O nadczłowieku i o ostatnim człowieku).

Wiemy już, że dla wielu z nas przejście od zasady przyjemności do zasady rzeczywistości tak naprawdę nigdy definitywnie się nie dokonało. Oznacza to, że nie pogodziliśmy się do końca z opuszczeniem raju, który pierwotnie zamieszkiwaliśmy. Nawet wiedząc, że nie da się uniknąć cierpienia, tkwimy w zamiarze poruszania się tylko w przestrzeni szczęśliwości.

Jest to możliwe tylko wtedy, gdy nasze pierwotne doświadczenie pozytywnych i negatywnych emocji zostało właściwie wzmacniane przez pełne troski i harmonii otoczenie (Bion). W przeciwnym razie wszystko to odbierane będzie jako przerysowane i zbyt obciążające, paradoksalnie prowadząc do niemożności zniesienia tak cierpienia, jak i szczęścia. Rilke przedstawił ten problem następująco: „Jestem jak mały zawilec, którego ujrzałem niegdyś w rzymskim ogrodzie. Tak bardzo otworzył się w ciągu dnia, że wieczorem nie zdołał zamknąć swojego kielicha. Widok jedynego, otwartego i tkwiącego na ciemnej przestrzeni trawnika kwiatuszka był zatrważający. Nad nim rozpościerała się noc, tak ciemna, że sprawiała wrażenie bezkresnej. Wokoło zaś wszyscy roztropni krewniacy − zamknęli się we własnej skorupce kielicha”. W słowach tych słychać echo dręczącej samotności osoby, która nie potrafi pielęgnować odczuwanych przez siebie pozytywnych emocji. Dzieje się tak dlatego, że na początku swego życia sama nie doświadczyła matczynej troski. Śmiertelny impuls ściera się zatem z instynktem życia, powodując zatrważający chaos.

W nim tkwią przyczyny zagubienia, które niektórzy odczuwają w obliczu szczęścia. Nie da się tego inaczej wyjaśnić. Podobnie jest w przypadku cierpienia. Ludzie ci boją się, że sobie z nim nie poradzą i zostaną przez nie całkowicie pochłonięci. Jasne jest więc, że nasze zdrowie psychiczne bazuje na umiejętności zachowania równowagi pomiędzy szczęściem a cierpieniem. Oznacza to, że − jak pisał Epimeteusz − w naszym pragnieniu zdobycia szczęścia jesteśmy skazani na otwarcie puszki Pandory. Prowadzi to oczywiście do zetknięcia się z wszelkim złem świata. Nie wolno nam jednak zagubić się w nim, ale powinniśmy zachować w sercu ducha nadziei. Dlatego nie należy zapominać, że „szkoła radości pełna jest płaczu, krwi, a zarazem wieczności”.

Więcej w książce: Sposób na szczęście – Vittorio Luigi Castellazzi