deon.pl

 

Słowo „śmiech” pada w Starym Testamencie zaledwie 11 razy i tylko raz w Nowym. Słowo płakać – odpowiednio 98 i 29 razy. Aż chce się powiedzieć: ludzie Biblii dziesięć razy częściej płaczą niż się śmieją…

Nie chodzi jednak o to, że śmiech jest rzadki. Liczy się kontekst i właściwe śmiechu odczytanie. Bo jak twierdzą antropologowie kultury, odróżnić go należy choćby od uśmiechu. „Ten pierwszy – pisze Marta Giglok przywołując pogląd Helmutha Plessnera – jest stanem niemalże krytycznym, stanem upadku ducha (na równi z płaczem), gdy zupełnie tracimy nad sobą panowanie…”. Z kolei uśmiech – jak przekonuje esej „Między radością a weselem” („Antrophos” nr 12-13/09) – może wyrażać wielość stanów ludzkiego ducha. To z pewnością znamy z własnego doświadczenia.

„Uśmiech to miejsce, przez które wyraża się nasz duch, gdzie przejawia się doskonała jedność naszego ciała i osoby – podsumowuje Giglok. – Śmiech, przeciwnie, jest momentem, w którym ta jedność zostaje zerwana”.
A więc dla pełni obrazu policzmy też biblijne „uśmiechy”. Stary Testament przywołuje to słowo dwa razy, a Nowy ani raz. Nie lepiej jest z czasownikiem „uśmiechać się”, który pojawia się wyłącznie w Starym Testamencie, ale tylko 7 razy. Kiedy więc biblijny bohater się śmieje, a kiedy uśmiecha?

Uśmiech Sary

Chyba najbardziej znany jest… no właśnie: śmiech czy uśmiech Sary? Biblia Tysiąclecia mówi, że „uśmiechnęła się do siebie” na wieść, że ma zostać matką. Pomyślała: „Teraz, gdy przekwitłam, mam doznawać rozkoszy, i mój stary mąż?” (Rdz 18, 12-15). Sara nie traci panowania nad sobą.

Bóg za pośrednictwem Abrahama wyrzuca jej: „Dlaczego to Sara śmieje się (…)?”. Gdy kobieta próbuje zaprzeczyć, Pan stwierdza: „Nie. Śmiałaś się!”. Boży rozmówca najwyraźniej interpretuje zachowanie Sary jako nerwową reakcję, pod którą próbujemy ukryć niedowierzanie. Bo czy nie zdarza się nam śmiać w sytuacji wobec obietnic, naszym zdaniem, bez pokrycia?

Sara po urodzeniu Izaaka powie, że Bóg dał jej powód do śmiechu (21, 6). Bała się bowiem, że każdy, kto się dowie o okolicznościach narodzin Izaaka, śmiać się będzie z jej przyczyny. I rzeczywiście, Izmael naśmiewał się z Izaaka (21, 9).

Śmiech władzy i śmiech głupoty

Śmiech biblijny towarzyszy więc często stanom negatywnym. Lud Wybrany skarży się na Jahwe za wystawienie go na wzgardę, śmiech i urąganie (Ps 44, 14). Hiob narzeka, że śmieją się z niego młodsi wiekiem (Hi 30, 1), a śmiech taki obrazuje słowami o strusiu, który „gdy się podniesie i cwałuje, śmieje się z konia i jeźdźca” (39, 18) i o krokodylu, który „śmieje się z dzidy lecącej” (41, 21).

Taki śmiech wyraża wyższość śmiejącego się nad innymi, moc i władzę. Od tej „przypadłości” nie jest wolny nawet Bóg. Spójrzmy na Psalmy. Wspominając o znikomości ziemskich potęg i doczesnych władców, którzy chcą wystąpić przeciw Bogu, czytamy: „Śmieje się Ten, który mieszka w niebie, Pan się z nich naigrawa” (2, 4). Komentarz do Biblii Tysiąclecia zaznacza, że to antropomorfizm, który wskazuje na dysproporcję między potęgą Bożą a niemocą buntowników. Bóg ma się też śmiać z przestępcy, bo widzi, że jego dzień nadchodzi (37, 13). Kiedy zaś autor złorzeczy wrogom, imputuje Bogu, że Ten z pewnością się z nich śmieje i szydzi (59, 9). Śmiech może więc stać się demonstracją pogardy dla tych, których ambicje przerastają możliwości. Człowiek prawy, bojący się Boga, będzie „śmiał się z suszy i głodu” (Hi 5, 22). Śmiać się bowiem z czegoś – znaczy mieć to za nic.

W ten sposób śmiech zbliża się do szyderstwa. Ale śmiech w Biblii może też być synonimem głupoty. Krytyczny jest Kohelet: „O śmiechu powiedziałem: »Szaleństwo!«” (2, 2). Dokonuje przeciwstawienia: „Serce mędrców jest w domu żałoby, a serce głupców w domu wesela”, i dodaje, że śmiech głupiego jest jak „trzaskanie cierni płonących pod kotłem” (7, 1-6). Dużo hałasu i niewiele pożytku.

Do rozróżnienia na śmiech i uśmiech odwołuje się Syrach, według którego człowiek głupi śmiejąc się podnosi głos, a rozsądny „ledwie się uśmiechnie w milczeniu” (Syr 21, 20). Na dodatek, diagnozuje, śmiech głupich „płynie z grzesznej przyjemności” (27, 13).

I to z takiego rozumowania zrodziło się przekonanie, że Jezus się nie śmiał. W każdym razie, nie piszą o tym Ewangeliści. Ale słusznie i żartobliwie zauważa o. Jacek Salij, że wartość tego spostrzeżenia równa jest uwadze, że Ewangelie nie mówią też, iż Jezus się mył.

Wesele i radość

Tyle jeśli chodzi o słowa. Ale sedno tkwi w pytaniu: jak więc biblijni bohaterowie wyrażali radość? Jest ona bowiem połączona z doświadczeniem sacrum, ale też z ziemską przyjemnością. W polskich tłumaczeniach najczęściej spotykamy czasowniki „radować się” i „weselić się”. Według Giglok wyrażenie „weselić się” obejmuje śmiech, beztroską zabawę, taniec i stanowi synonim radości typowo ziemskiej, np. z dobrych zbiorów, małżeństwa czy urodzenia dziecka.

Z taką radością mamy do czynienia na weselu w Kanie Galilejskiej, gdzie jednak zakłóca ją brak wina. Obraz wesela przywołany jest również z okazji powrotu syna marnotrawnego, kiedy ojciec kazał zabić utuczone cielę i zapowiedział, że będą ucztować i się weselić. Tymczasem starszy syn miał żal do ojca, że ten nigdy nie dał mu koźlęcia, by „zabawił się z przyjaciółmi” (Łk 15, 11-32).

Od ziemskiego wesela nie stronił również Jezus. Zapewne był człowiekiem niepozbawionym poczucia humoru i uśmiechu na twarzy. Przecież nie dla ponurej miny był zapraszany na uczty i nie dla niej garnęły się do Niego dzieci. Nie najlepsza opinia, która o nim krążyła, a z której zdawał sobie sprawę, musiała mieć jakiś fundament. Określenia „żarłok i pijak” odwoływały się zapewne do Jego zwyczaju biesiadowania, który był kulturową normą. W końcu uczta już w Starym Testamencie była znakiem przyszłego szczęścia.

Oczywiście radość biblijna nie ogranicza się jedynie do przyjemności ziemskich. Jest jeszcze radość duchowa, owoc relacji z Bogiem. „Raduje się duch mój w Bogu, moim Zbawcy” (Łk 1, 47) – śpiewa Maryja w Magnificat. „Uradowali się Uczniowie, gdy ujrzeli Pana” (J 20, 20) – opisze Jan spotkanie ze Zmartwychwstałym. A Mędrcy ze Wschodu „bardzo się uradowali”, gdy zobaczyli gwiazdę (Mt 2, 10).

Giglok twierdzi, że w Biblii więcej jest duchowego „uradowania się” niż ziemskiego „wesela”. Że z czasem na tej podstawie wykształciło się rozumienie słowa „radość”, oznaczające głównie przeżycie stricte religijne, które łączy w sobie elementy uwielbienia, modlitwy i wdzięczności. To prawda, ale zbyt radykalne rozdzielenie duchowego radowania się i ziemskiego wesela nie wydaje się zgodne z biblijną wizją człowieka. Autorka słusznie wyraża wątpliwość, czy świętowanie specyficznie świeckie było w tamtych warunkach w ogóle możliwe. Człowiek biblijny nie rozpada się – tak jak to się stało w cywilizacji europejskiej – na ciało i ducha, które nawet w dziedzinie radości „obsługiwane” są osobno.

Zbyt radykalnie rozdzieliliśmy radość duchową od ziemskiego, a więc także cielesnego, wesela, przypisując mu natychmiast podskórną grzeszność. Owszem: błogosławieni, którzy płaczą. Ale nigdzie nie jest napisane, że przeklęci, którzy się śmieją. Byle nie z głupoty i byle nie z szyderstwa.