Nigdy nie jest za późno

 

Miałam 50 lat, kiedy moja wnuczka, maleńka wtedy, ciężko zachorowała. Spędziłam z moją córką i wnuczką pół roku na oddziale onkologii dziecięcej. Paradoksalnie to był sam początek mojego nawrócenia i mojego zdrowienia. Choroba alkoholowa męża, a więc życie w chaosie, na emocjonalnej huśtawce spowodowało u mnie poważne zmiany psychiczne. Bałam się, że nie będę w stanie pomagać córce przy ciężko chorym dziecku. Poszłam do kościoła nie wiedząc po co tam idę, skoro nie mam wiary. Weszłam i doświadczyłam ogromu miłości, zagarnięcia przez Miłość.

 

Od tamtego momentu zaczęła się długa droga, która prowadziła mnie poprzez wspólnotę na Górce do Al-Anon. Moja wnuczka wyzdrowiała, chociaż jej przypadek traktowany był przez lekarzy jako beznadziejny z naukowego punktu widzenia. Kiedy córka wyjechała, czułam, że muszę Bogu podziękować i przez parę lat byłam wolontariuszem w hospicjum. To pomogło mi nie zajmować się non stop trzeźwieniem męża i odejść od niego na jakiś czas, aż sam dojrzał do leczenia w zamkniętym ośrodku. Zależało mi na mężu, a jemu na mnie.

 

Zaczęliśmy nowe życie ucząc się od innych; on w AA, ja w Al-Anon. Na początku program wydawał mi się niezrozumiały. Przychodziłam, bo wszyscy tam byli serdeczni i ciepli. I tylko tam czułam się rozumiana i wysłuchana. Nie miałabym odwagi na przeprowadzenie wielu zmian w moim życiu, gdyby nie przyjaciele z Al-Anon.

 

Zmieniliśmy się z mężem i myślę, że nasza starość (bo mamy już oboje pod 70-tkę), nie byłaby ani taka pogodna, a nie bylibyśmy tak blisko z naszymi dziećmi i wnukami. Nauczyliśmy się kochać.

 

Ania